Wojciech Karpiński

Polowanie z ogarami

Od dawna myślę, że jego pożegnaniem z sobą i z nami - żyjącymi, do czasu - i przywitaniem z następcami w sztafecie pokoleń na Nieobjętej ziemi - są końcowe linie "Zimy":

Wielkie było polowanie z ogarami na sens niedosiężny świata.

I teraz jestem gotów do dalszego biegu
O wschodzie słońca, za granicami śmierci.
Już widzę górskie pasma w niebiańskiej kniei
Gdzie za każdą esencją odsłania się esencja nowa.

To on jest gotów, nie my, nie ja. To on znalazł słowa. Jeszcze jeden jego dar, lecz nie zwalnia nas z wysiłku ujęcia w słowa - czego? - Jego obecności. Przyczyn naszej wdzięczności. Wiem, jakie miejsce zajmował od dziesięcioleci w moim życiu duchowym, w polskiej literaturze, w kulturze Zachodu - i to nie tylko XX wieku... Ale czy można się do takiego podziękowania przygotować? Szukam formuł, bezradny.

Półtora wieku temu Zygmunt Krasiński, w jakże trudnej sytuacji osobistej, narodowej, społecznej, artystycznej, na wiadomość o śmierci Mickiewicza znalazł, w prywatnym liście do przyjaciela, Adama Sołtana, słowa niezapomniane, które stały się dla ludzi później żyjących sformułowaniem odkrywczym i oczywistym (czy nie były równocześnie niebezpieczną mitologizacją? jeżeli nawet, to wielką): "Pan Adam już odszedł od nas. Na tę wieść pękło mi serce. On był dla ludzi mego pokolenia i miodem, i mlekiem, i żółcią, i krwią duchową, my z niego wszyscy. On był nas porwał na wzdętej fali natchnienia swego i rzucił w świat". To zapewne najsłynniejszy i jeden z najpiękniejszych polskich nekrologów. Te słowa, jakkolwiek efektowne, nie określają miejsca Czesława Miłosza w polskim życiu. I chyba takie określenie nie jest możliwe. Był zbyt złożony, zbyt bogaty. Można - i trzeba - wyrażać mu wdzięczność za dary. Cieszyć się, że są z nami, starać się, by żyły w nas i nas ożywiały. Uczynił nas bogatszymi, mocniej osadzonymi w tradycji i swobodniejszymi, a w każdym razie stworzył po temu możliwości.

Jego wiersze, jego eseje są czymś więcej niż zbiorem pięknych formuł. Miłosz miał poczucie odpowiedzialności za gospodarstwo literatury polskiej. W liczącym ledwie kilka stron szkicu "Mickiewicz" z "Ogrodu nauk" przedstawił historię polskiego głosu. Wiedział, jak ważną sprawą jest właściwe ustawienie głosu. Zdobycie głosu, umiejętność nazywania świata, umacniania i rozszerzania własnej wolności, duchowej suwerenności, zależy także od stanu języka. Ten stan tworzą pisarze, przygotowują narzędzia do nazywania świata. W XX wieku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, nastąpiło na świecie dość powszechne "zmącenie głosu", utrata kontaktu z rzeczywistością. Między klimatem życia a klimatem literatury rozwarła się przepaść. Kilku polskich pisarzy stanowi wyjątek. Ich książki są zarazem wyzwoleniem i zakorzenieniem, ugruntowaniem suwerenności jednostki i wzmocnieniem jej związków ze wspólnotą, wspólnotą raczej projektowaną niż realną, modelowaną przez ich spojrzenie, ich dzieła. Potrafili zstąpić na stopień zero stylu, przyjrzeć się sobie, własnemu obnażeniu, własnemu zagubieniu - i odbudować od podstaw władzę nazywania świata, umożliwić rozmowę ze sobą i z innymi. Najznakomitsze przykłady takiej postawy to twórczość Gombrowicza i Miłosza. To jest ich bezcenny dar dla nas.

"Oby do naszej mowy wróciła rzeczywistość", napisał Miłosz już dziewięćdziesięcioletni w "Traktacie teologicznym". Ależ on to spowodował swoimi wierszami - od "Obłoków", "Spotkania", "Równiny", przez "Traktat moralny" i "Traktat poetycki", przez "Mittelbergheim", "Gucia zaczarowanego", "Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada", przez "Nieobjętą ziemię", "Sześć wykładów wierszem", aż po zadziwiającego odkrywczością i młodością "Pieska przydrożnego", po "To", po "Drugą przestrzeń" - kolejnymi utworami budował dla nas drugą przestrzeń, przestrzeń suwerenną. W walny sposób przyczynił się do tego, że literatura polska drugiej połowy XX wieku stała się, w dziełach kilku autorów, lekcją suwerenności, lekcją głosu zarazem swobodnego i sensownego, zdobyciem nowych oczu, obroną i uświetnieniem rzeczywistości, zdobyciem i utrwaleniem innych przestrzeni, ponad ideologicznymi płaskościami, jakichkolwiek byłyby kolorów i obediencji. I nigdy chyba, od czasów Kochanowskiego, nie była tak związana z rzeczywistością.

To jest jego wielki dar dla nas, czytelników: możemy być świadkami wielkiego polowania na sens niedosiężny świata. Tak działało na mnie jego dzieło, od pierwszej lektury, już prawie przed pół wiekiem. "Zniewolony umysł" był pierwszą książką zbójecką, która mi wpadła w ręce i nigdy tej lektury nie zapomnę. Ale i później czytane utwory działały z podobną siłą, zwłaszcza wiersze. I tak działają te, po które sięgnąłem, bezradny, 14 sierpnia 2004 na wiadomość o śmierci ich autora. Znów przyniosły pomoc. Jakże jesteśmy szczęśliwi i bogaci, że dostał się nam ten dar.

Wojciech Karpiński jest historykiem idei, krytykiem literackim, eseistą i tłumaczem.

"Tygodnik Powszechny", dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004