Łukasz Tischner

Tropiciel spraw istotnych

Zacznę od końca. Kiedy przez ostatnie lata miałem zaszczyt sporadycznie odwiedzać Czesława Miłosza, przynosząc Mu kolejne numery «Znaku», zawsze odczuwałem tremę i lęk. Nie było to zwykłe onieśmielenie, jakie przeżywamy w zetknięciu ze sławnym człowiekiem, którego wielbimy. Starannie ubrany Gospodarz uśmiechał się, a uścisk Jego dłoni wyrażał przychylność i uwagę. Schody zaczynały się podczas krótkiej rozmowy. Niebieskie oczy, w których igrały lśniące iskierki, domagały się zdań istotnych. Często rozjaśniała je ironia (jak wtedy, gdy po swym ostatnim publicznym wykładzie w ramach Uniwersytetu Latającego Znaku, wyjaśniał najmłodszej słuchaczce, czy lubi dzieci: «No, powiem może tyle, że mam dzieci... »). Pytania dotyczące tematów miesięcznika lub problemów, które warto w nim podjąć, zdradzały potężne doświadczenie, przepastną erudycję i ostrą jak skalpel inteligencję. W ciągu kilku sekund znikało wszelkie «my» - musiałem odpowiadać we własnym imieniu, nie podpierając się cudzym autorytetem, bo za każdym pytaniem kryło się w domyśle: «A co pan o tym myśli? ». I wtedy docierała do mnie prawda, że zdania, które wypowiadam, nie są istotne... Wracałem z tych wizyt zawstydzony własnym barbarzyństwem, ale też odmieniony. Zostawała we mnie jakaś iskra, energia, która pozwalała odróżniać to, co pozorne, od tego, co rzeczywiste (czyli zarazem prawdziwe, ważne), i pchała do pracy nad sobą.

Wspominam o tych kilku spotkaniach, bo przecież ta sama energia bije z dzieł Poety. Dziś już wiem, że tym, co dawno temu skłoniło mnie do lektury Miłosza, była obietnica wtajemniczenia. Wtajemniczenia nie tylko w literaturę, ale w samo życie, w świat, także ten najbliższy.

Pamiętam moment, kiedy po młodzieńczej fascynacji Gombrowiczem zacząłem przechodzić na stronę Miłosza. Gombrowicz pozwalał wypłynąć na szerokie wody współczesnej kultury zachodniej. Był mistrzem mądrego błazeństwa, który obnażał narodowe kompleksy i pokazywał, jak z Polaka wydobyć człowieka. Ale po operacji dokonanej wedle przepisu Gombrowicza «nowy człowiek» musiał na zawsze pożegnać się z «plemiennymi zabobonami» i stać się czystą inteligencją. W optyce Gombrowicza nie było już miejsca na - znany z wiersza «Rue Descartes» - lęk przed zabiciem węża wodnego. Nie było miejsca na czułość dla starej służącej Alżbiety, która przed laty spieszyła na poranną mszę w Wilnie. Gombrowicz pozostawał także głuchy na wyzwania dwóch totalitaryzmów - wojna ze «Ślubu»mogła być równie dobrze tą z 1914, jak i z 1939 roku. Miłosz tymczasem ostentacyjnie przyznawał się do swoich prowincjonalnych przyzwyczajeń, wybierając dla siebie powołanie kronikarza «obmytych potopem» krain - «gdzie wiatr zawiewa dymem z krematorium/ I dzwoni w wioskach dzwon na Anioł Pański». Siła Gombrowicza tkwiła w abstrakcji i pogardzie dla historii, siła Miłosza brała się z szacunku dla kruchej rzeczywistości i z zanurzenia w swoim miejscu i czasie. Gombrowicz był geniuszem kartezjańskiego ego, Miłosz prawdziwym mistrzem, który niezmordowanie próbował przedzierać się do tajemniczej rzeczywistości. Poetę wreszcie wyróżniała dyskretna wrażliwość religijno-moralna, która pozwalała szukać odpowiedzi na najważniejsze dla człowieka XX wieku pytania. Czy w stuleciu Oświęcimia i Kołymy Bóg nadal jest Panem Historii? Skąd tak przerażające zło? Na czym dziś oprzeć wiarę w Sens? Jak ocalić nadzieję na zmartwychwstanie? Pozostałem z Miłoszem, który nauczył mnie, że to, najistotniejsze, jest zarazem najbliższe - czyli w pewnym sensie prowincjonalne.

Wrócę jeszcze do wątku inicjacji. Miłosza cechuje głęboka wrażliwość etyczna, ale - zwłaszcza od momentu emigracji - rzadko bywał moralistą. Nad chęcią potępienia górę w nim brała litość płynąca z gorzkiej znajomości ludzkich losów (jak w relacji o pijackiej samozatracie Baltazara z «Doliny Ilsy»). Miłosz jest pisarzem «smugi cienia», który uczy prawd trudnych i niewygodnych. Na przykład o tym, że niewielu znajdowało w sobie siłę, by oprzeć się totalitarnemu złu - nawet wśród ofiar mało było ludzi niewinnych. Że wiara religijna opiera się na przedracjonalnej, «dziecięcej» ufności. Że wierze może - a nawet powinno! - towarzyszyć wątpienie, które obnaża podstępy ludzkiej pychy przebierającej się w szaty religii. Że miłość do Litwy nie stoi w sprzeczności z polskim patriotyzmem. Że polski katolik nie musi być «Polakiem-katolikiem». Że czasem - nawet narażając się na śmieszność - trzeba powtarzać słowa «czyste i dostojne».

Na koniec uwaga, która może wydać się nazbyt patetyczna. Zapisuję ją jednak po głębszym namyśle i bez emocji. W moim przekonaniu Czesław Miłosz był (i będzie!) dla polskiej kultury kimś, kogo da się porównać tylko do Adama Mickiewicza. Równie wielki poetycki geniusz, pracowitość i doświadczenie rzadko kiedy w dziejach spotykają się w jednym człowieku. Dlatego uważam, że trumna Poety powinna spocząć na Wawelu. Domyślam się, że tego rodzaju deklaracja może wzbudzić protesty «prawdziwych Polaków» (gdyby ich słuchać, należałoby pewnie wyprowadzić z Katedry Wawelskiej prochy Mickiewicza...), ale mam nadzieję, że nie do nich będzie należało ostatnie słowo. Trzeba uznać prawdziwą wielkość.

Łukasz Tischner jest doktorem polonistyki, redaktorem miesięcznika «Znak». Opublikował poświęconą Miłoszowi książkę pt. «Sekrety manichejskich trucizn».

«Tygodnik Powszechny», dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004