Ks. Adam Boniecki

To nic, że czasem nie wie
 

Kim był ten, który do wściekłości doprowadzał dewotów, doktrynerów i klerykałów, a mistyka i trapistę Tomasza Mertona sprowokował do obszernej, niezwykłej korespondencji, która zaowocowała przyjaźnią?

O Miłoszu w domu Turowiczów mówiło się często, tak często, że mam poczucie, iż znam go od tamtego czasu, to jest od lat sześćdziesiątych. Bywało, że siedzieliśmy w kuchni przy kolacji i rozmowa schodziła na wspomnienia z Goszyc, gdzie Turowiczowie wraz z Miłoszem przeżywali ostatnie miesiące wojny. Pani Anna recytowała z pamięci Czesława (tak o nim mówili), ktoś przynosił zaczytane tomy i tomiki, Jerzy wyszukiwał i czytał ulubione wiersze. Tak poznałem oba "Traktaty" - "Poetycki" i "Moralny", których zrozumieć pewnie bym nie umiał bez wyjaśnień Turowiczów.

Z goszyckich opowiadań jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci. We dworze zjawił się znajomy pani domu, partyzant Jan Józef Szczepański. Pani Anna pamiętała ich spór z Miłoszem, który z wielkim przekonaniem tłumaczył Jasiowi, że walczyć nie zamierza, bo musi wojnę przeżyć: jego zadaniem jest pisanie a nie walka, jego ewentualna śmierć na nic się nie przyda, natomiast jego pisanie jest dla Polski ważne. Zaskakująca jak na tamte czasy pewność własnej misji młodego poety, a właściwie Poety (Miłosz był przez cenzurę wykreślany zawsze, a przecież znaleziono sposób, żeby mógł się znaleźć w "Tygodniku": cytując, pisano "jak mówi Poeta", Poeta pisany majuskułą to zawsze był Miłosz).

***

Miłosz-autor był mi potem przewodnikiem w sprawach wiary. Gdy w latach siedemdziesiątych mieszkałem w Paryżu, zgromadziłem sporo jego książek. Pamiętam, że olśnieniem był wtedy dla mnie tryptyk, trzy wiersze z cyklu "Świat. Poema naiwne" zatytułowane "Wiara", "Nadzieja", "Miłość".

Tu, gdzie piszę to wspomnienie, nie mam dostępu do jego książek, więc z pamięci chciałbym zacytować ostatni z tych trzech. Z wdzięczności. Tym wierszem Poeta pomógł mi żyć.

Miłość to znaczy popatrzeć na siebie
Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy,
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.
A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie,
Ze zmartwień różnych swoje serce leczy,
Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu.

Wtedy i siebie, i rzeczy chce użyć,
Żeby stanęły w wypełnienia łunie.
To nic, że czasem nie wie, czemu służyć:
Nie ten najlepiej służy, kto rozumie.

Potem, kiedy już poznałem Miłosza osobiście, przy każdym spotkaniu (a było ich sporo) ogarniało mnie, raczej mi obce, uczucie paraliżującego wręcz onieśmielenia. Nie wiem, czy powodowała to jego zdumiewająca erudycja, czy stawiane nagle, niby od niechcenia, pytania dotyczące wiary: takie, na które - o czym przecież doskonale wiedział - odpowiedzi nie ma, czy spoglądające na mnie spod krzaczastych brwi życzliwie rozbawione, bystre oczka Poety.

***

Był mistrzem. Uczył docierania do spraw ważnych. Mnóstwo napisał i w tym pisaniu, teraz zwłaszcza, kiedy ukazują się kolejne tomy jego "Dzieł", można śledzić, jak mądrość lat przekłada się na coraz większą prostotę i przejrzystość słów. Był, jest mistrzem, bo nie można go czytać i zostać takim, jakim się było przedtem.

Tak odczytuję "Traktat teologiczny". Owszem, nie ma w nim olśniewającej w obu wcześniejszych traktatach kunsztownej zabawy słowem, rytmem, rymem i... Onieginem, ale też jest on całkiem inny; jest wielkim soliloqium starego człowieka, który szykuje się na spotkanie z Tym, z którym całe życie się zmagał.

Miłosz, który w czasie wojny - niejako przeciw prądowi emocji narodowych - wiedział, że nie może ryzykować życia, bo ma coś ważnego do powiedzenia, kiedy przychodziło mówić, odczuwał lęk. Czego się bał? "Traktat teologiczny" mieliśmy pod embargo na długo przed drukiem. Oczywiście: chciał, byśmy go publikowali, a jednocześnie się lękał. Jeszcze coś poprawiał, skreślał, dopisywał, ale chyba po prostu się bał. Dopuszczając innych do najbardziej własnych, najważniejszych spraw, człowiek staje się bezbronny, wystawia się na ciosy, jest vulnérable...

Czasem mówiliśmy o nim w redakcji (za Durrellem, określającym tak Kawafisa) "Stary poeta tego miasta". Nie było to ścisłe, bo on nigdy nie był stary. Świadek minionej epoki, mówił, stawiał pytania i szukał odpowiedzi tak, jak tego wymaga ten czas. Był wciąż, rzeczywiście obecny.

***

Jakże w tych pospiesznie pisanych, w smutku pisanych notatkach nie wspomnieć jeszcze o wiernej przyjaźni, jaką darzył "Tygodnik Powszechny". Wiem, że był to przede wszystkim dalszy ciąg przyjaźni z Jerzym Turowiczem. Ale też bardzo świadomy wybór, o którym pisał w tekście "No to co zrobię?", odpowiadając na pytanie czytelniczki, dlaczego on, opowiadający się przeciw państwu wyznaniowemu, pisze do katolickiego pisma.

Opowiadał mi pracujący w Paryżu pallotyn ks. Zenon Modzelewski, że przygotowując płytę ku czci ojca Kolbego, który wtedy miał być beatyfikowany (może kanonizowany), zamierzał nagrać fragmenty psalmów w tłumaczeniu Miłosza. Zadzwonił więc do niego, by uzyskać zgodę. Kiedy przedstawił sprawę, w słuchawce rozległ się ryk Poety. "Nie, nie zgadzam się. Przez tego Kolbego straciłem pracę w radiu". Chodziło o historię sprzed wojny, jakiś artykuł w "Rycerzu" czy w "Małym Dzienniku". Ostatecznie wyraził zgodę, obracając tamtą pierwszą reakcję w żart, ale Kolbe musiał mu doskwierać, skoro wspominał o nim jeszcze w artykule na 85-lecie Turowicza. "Jestem stary - pisał wtedy, w 1997 r. - i powinienem złagodnieć, pamiętając, że ludzie są tylko ludźmi i to, co noszą w głowach, niekoniecznie łączy się z ich czynami. Ks. Maksymilian Kolbe i jego prasa to było wskrzeszenie zabobonów epoki saskiej w nowoczesnej oprawie, a został świętym".

Może jest w tym jakiś żart czy znak Opatrzności, że Czesław Miłosz odszedł 14 sierpnia, w dniu, kiedy Kościół czci św. Maksymiliana Kolbe.

"Tygodnik Powszechny", dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004