Ewa Bieńkowska

Stary poeta

Jeszcze w urodzinowym numerze "TP", przed kilkoma tygodniami, pisano o Nim jak o mieszkańcu naszego świata. Już nie mógł przyjmować wizyt, z trudem odpowiadał na telefony, ale był. Jego wybrane na starość miejsce było jak adresy naszych znajomych - nawet gdy z rzadka piszemy listy bądź telefonujemy, mamy możliwość fizycznego zaczepienia myśli. To był Miłosz w Krakowie, tak jak przedtem Miłosz w Wilnie, Warszawie, Paryżu, Berkeley.

Felietony w "Tygodniku" miały dla mnie przede wszystkim funkcję potwierdzania jego bycia tu, nie tak znów daleko. I wzruszał mnie ten wysiłek pamięci, zwrócenie się ku pamięci, podkreślanie, że w tej fazie życia jest to najciekawsze, co może nam ofiarować. Stary Miłosz to góra pamięci albo podziemny labirynt pamięci drążony w ogromnej górze jego życia. Wobec nas i dla nas wysnuwały się obrazy świata, już nam historycznie niedostępnego. Byliśmy dopuszczani do jego rozpamiętywań, do spraw większych i mniejszych, jakie pamięć wyrzucała mu na światło. Ostatnie teksty były dyktowane, wiedzieliśmy o tym. To przydawało im cechy słów rzucanych w pośpiechu przez świadka, zwierzeń fragmentarycznych, które spisuje ktoś inny, jakby z trudem wydzierały się z mówiącego.

Miłosz to w pełni poeta XX wieku, a nawet początku XXI, nie ulegający swojemu stuleciu, lecz biorący je poważnie pod uwagę. Teraz, pod wpływem wiadomości o śmierci, wydaje mi się kimś, kto miał nam przynieść wiadomości z daleka, z przeszłości, z którą utraciliśmy kontakt i która już w jego młodości była utracona. On sam ją odzyskiwał poprzez ważne spotkania w życiu, czasem spotkania z żywym człowiekiem (jak Oskar Miłosz), częściej z książkami zapomnianymi przez współczesnych: z dawną poezją, z pismami metafizycznymi i teologicznymi.

Jego osobista potrzeba odzyskania dla siebie przeszłości jako czegoś podstawowego doprowadziła do tego, że w wieku, w którym najbardziej pracowici udają się na odpoczynek, on zaczął się uczyć greki i hebrajskiego: języków zaginionego kontynentu. Ponieważ jest to rodzinny kontynent kultury i wyobraźni - wyobraźni, w której on widział zdolność odnowy poezji - a może i (kto wie) życia wewnętrznego.

Trudno sobie wyobrazić, jak będą przyszłe pokolenia czytały jego wiersze. Dla mnie (i wiem, że nie tylko dla mnie) nie było to nigdy przeżycie wyłącznie poetyckie. Było to doświadczenie rozszerzenia, udzielane mi chwile obcowania z czymś pobudzającym i porządkującym mój własny świat. Może słuszne jest wyznać przy takiej okazji, że nieraz czułam się jak prowadzona za rękę i wiersze Miłosza, czytane na przestrzeni dziesięcioleci, wydawały mi się kolejnymi krokami ku dojrzałości, na którą składają się i wymagania wobec siebie, i możliwe pogodzenie się ze sobą. Każda lektura odnawiała zdumienie: więc do tego jest zdolny język poetycki, mój rodzinny język! Było to dotarcie za sprawą tych wierszy do najbardziej intymnego splotu uczuciowości: jak pierwsze otwarcie oczu na świat, pierwsze obudzenie na ważne sprawy, które filozofia próbuje nazwać po imieniu, pierwsze odnajdywanie się pośród dzieł malarstwa i muzyki.

Stopniowo dochodzę do świadomości, co zawdzięczam tej poezji. Co zawdzięczam osobowości zapisanej w jego esejach, gdzie odbywa się, z jakimś dziecięcym uporem, poszukiwanie własnego miejsca wewnątrz rzeczywistości, która ciągle stawia pytania i wymaga ciągłej żywości myśli. Miłosz to człowiek, który nigdy nie rezygnował, nie pozwalał sobie na łatwe rozwiązania. Nawet utrudniał sobie życie, utrudniał strategię poetycką, stawiając przed nią nadmierne wymagania. To znaczy takie, od których nas odzwyczaił rozwój kultury, spychając sztukę do sfery gry i nieodpowiedzialności. Bo za co jeszcze odpowiedzialna jest dzisiaj ekspresja artystyczna?

Konsekwencją jego powikłanej drogi, jego ogromnych ambicji dla poezji - stała się forma coraz prostsza, nieomal uboga. Przeczytajmy głośno kilka wierszy ze zbioru "To" - nie jest to poezja intelektualna, wywyższająca się ponad siebie. To najoczywistsze rzeczy: mur, który nie ustąpi przed żadnymi błaganiami, leszczyna, z której chłopiec wycinał łuki, a dzisiaj starzec mógłby sobie zrobić laskę, Głowa, spoglądająca znad pagórka i układająca losy małego prowincjusza.

Tak się stało, że Kraków okazał się miejscem ostatnich rachunków sumienia i ostatnich dziękczynień Miłosza. Wątek wdzięczności to nie tylko przejmujący poemat "Czeladnik", o mistrzu i uczniu, lecz i felietony z ostatnich lat. Nastała dla poety pora wdzięczności, która mieszała się z litością i utożsamieniem z innymi. Chcę zachować w pamięci, która urosła z moich wobec niego należności, taki obraz Starego Poety, obraz, z którym będzie mi łatwiej znieść jego nieobecność.

Ewa Bieńkowska jest eseistką i tłumaczką. Jesienią ukaże się jej książka o Miłoszu.

"Tygodnik Powszechny", dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004