Andrzej Szczeklik jest lekarzem, autorem książki «Katharsis». W ostatnich latach opiekował się Czesławem Miłoszem

Andrzej Szczeklik

W chorobie

Chciał umrzeć w domu, pośród najbliższych, a nie w szpitalu. Przyjąłem to do
wiadomości wiele lat temu, kiedy jeszcze poważnych zagrożeń nie było. I choć
na ten temat stanęła między nami niepisana umowa, za każdym razem, gdy
zachodziła konieczność pilnej hospitalizacji, trzeba było trudnych perswazji, by
uzyskać na nią zgodę. Gdy tylko jednak kryzys mijał, w klinice - jeszcze słaby,
jeszcze przykuty do łóżka - zaczynał od razu czytać lub słuchać
lektury, pisać lub dyktować. Tak jakby ciekawość literatury i poezji i
moc twórcza zwalniały Go z okresu rekonwalescencji psychicznej -
tych wielu dni, a nieraz i tygodni, potrzebnych nam, «by wrócić do
siebie».


«Czy nie uważa Pan, że jestem anomalią natury?» - spytał mnie, gdy
skończył 91. rok życia. A ja myślałem, że jest jak potężny dąb litewski,
szumiący poezją. Jego myśl, wsparta pamięcią, jakiej nigdy nie
spotkałem u nikogo, coraz częściej starała się przeniknąć istotę życia
i choroby, a także śmierci. Zdawała się nie spoczywać wcale, poza
snem, czasem z winy choroby trwającym dłużej. Kilka miesięcy temu,
budząc się i przeskakując z miejsca w świat świadomości, stwierdził
z lekkim wyrzutem: «Nie powiedział mi Pan, jak było w Wilnie».
Zdumiony jego pamięcią, zdałem krótkie sprawozdanie z mojej
pierwszej wyprawy na Litwę. A On, wracając do Wilna, z uśmiechem
w oczach, powiedział: «To magiczne, magiczne miasto».


Raz, po kilku dniach głębokiej nieprzytomności, gdy tylko odzyskał świadomość,
podziękował krótko i powiedział z miejsca: «Trzeba koniecznie napisać
nową książkę, o umieraniu i o śmierci». «Jakiś współczesny, przeniesiony ze
średniowiecza poradnik Ars moriendi? - spytałem. - Czy ktoś chciałby to czytać?».
Nie miał co do tego wątpliwości. Wiedział już, że nie zdąży z tą książką sam.
Uważał zresztą, że powinien to zrobić lekarz. Przedstawić, jak przechodzimy tę
ostatnią próbę, opisać mechanizmy umierania, sposoby, jakimi śmierć dobiera
się do nas i dokonuje swego. «Pan Profesor nie był wśród nas przez długie
cztery dni - zapytałem wtedy. - Czy coś z tego pozostało w Pańskiej pamięci?».
«Naturalnie» - odpowiedział, jakby chodziło o rzecz oczywistą. I dorzucił kilka
zdań. Wysłuchałem wielu opowiadań chorych reanimowanych z śmierci klinicznej
czy wychodzących z śpiączki - i zawsze odnosiłem się do nich nadzwyczaj
sceptycznie. Tym razem miałem wrażenie, że słyszę prawdziwą historię od kogoś