Aleksander Fiut

Mistrz

Mistrz: tak właśnie, spontanicznie, nazywaliśmy z żoną Czesława Miłosza, próbując nieudolnie wyrazić przepełniające nas uczucia: podziwu, szacunku, onieśmielenia, uwielbienia i wdzięczności, olśnieni tyleż dziełem, poezją zwłaszcza, co osobą. Jakakolwiek próba jego portretu musi się wydać cząstkowa i niedokładna. Ujmował serdecznością, pełną dyskretnego szacunku wobec każdego, niezależnie od wieku, pozycji czy stopnia wykształcenia; skromnością i osobistym wdziękiem; dzielnością, prawością charakteru oraz intelektualną przenikliwością, ale także poczuciem humoru i głośnym śmiechem, którym innych zarażał. Niepohamowany w ciekawości ludzi i świata, rozbrajał żarłocznością, z jaką się rzucał na potrawy, trunki, najświeższe wiadomości polityczne i nowości literackie.

Znałem go osobiście od czerwca 1979 roku i przeżyłem z nim razem wiele dobrego i złego. Bez Niego nie byłbym, kim jestem. Przesuwają mi się teraz przed oczyma rozmaite scenki, w których występuje w wielorakich wcieleniach. Oto wita mnie podczas pierwszego spotkania w Paryżu na rue Surcouf uśmiechem i słowami: "Czy tak mnie sobie Pan wyobrażał?"; podjeżdżamy po wykładzie Noblowskim, wytworną limuzyną Akademii Szwedzkiej, pod Mc Donald'sa w Sztokholmie; odbywa triumfalny pochód przez Polskę okresu Solidarności; prowadzimy wielogodzinne rozmowy, z których część złożyła się na książkę wywiadów wywołujących z niebytu czas miniony; zjada z apetytem talerz truskawek ze śmietaną, zostawiając na koniec połowę jednej z nich, jako "oznakę swojego upadku"; czyta mi z czarnego zeszytu lub przez telefon swoje najnowsze wiersze, zawsze z tym samym pytaniem, w którym nie było cienia kokieterii, a wobec którego czułem się nieodmiennie bezradny: "Jak się Panu podobało? Warto to drukować?"; opłakuje pierwszą żonę, Janinę, poświęcając jej jeden z piękniejszych utworów; podbija magią swojej poezji słuchaczy w Berkeley, Paryżu, Warszawie, Krakowie; na Kazimierzu oblega go gromadka dzieci, które, by zdobyć jego autograf, wyrywają pospiesznie kartki ze szkolnych zeszytów; odbiera hołdy znakomitych poetów amerykańskich - Roberta Hassa, Edwarda Hirscha, Roberta Pinsky'ego, Jane Hirshfield - podczas dedykowanego mu festiwalu w Claremont pod Los Angeles; wędrujemy w trójkę, razem z jego drugą żoną, Carol, po Litwie, śladami jego dzieciństwa i młodości; opłakujemy Carol po jej nagłej śmierci; odwiedzam go w chorobie i czytam mu fragmenty Szestowa, Gombrowicza i "Kartek z dziennika" Chwina.

Pozostanie w mojej pamięci jako ktoś, kogo osoba, życie i dzieło zostały rozpięte na, bolesnych nieraz i nieusuwalnych, antynomiach. Zazdroszczono mu sławy i pieniędzy, gdy tymczasem na swoje sukcesy patrzył z ironicznym dystansem, tając przed innymi rozpacz i cierpienie. Dumny dumą niewyniosłą, boleśnie odczuwał i długo rozpamiętywał niesprawiedliwie ataki w niego wymierzone. Pełen samooskarżeń, nieskłonny do arbitralnego oceniania innych, odrzucał togę moralisty, w którą wielu go drapowało. Określany w Polsce mianem "jednego z wybitnych poetów", a przez młodsze generacje uznawany nierzadko za zmarmurzałego klasyka, został prawdziwie doceniony w Stanach Zjednoczonych, gdzie porównuje się go z Eliotem i Einsteinem. Człowiek głębokiej wiary, nieustępliwie stawiał Stwórcy dręczące go pytanie: Skąd zło i ból wypełniający wszechświat?

Kultura i literatura polska straciły genialnego, największego poetę, przewyższającego, o czym jestem głęboko przekonany - skalą talentu, artystyczną doskonałością i myślową głębią dzieła - nawet naszych wieszczów. Ja zaś utraciłem i opłakuję najbliższego, serdecznego i oddanego Przyjaciela.

Aleksander Fiut jest literaturoznawcą, autorem rozmów z Miłoszem ("Autoportet przekorny") i poświęconej mu książki pt. "Moment wieczny".

"Tygodnik Powszechny", dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004