Czeslaw Miłosz, kilka wierszy, 143 str

Czeslaw Miłosz, kilka wierszy, 143 str

Czeslaw Miłosz, kilka wierszy, 143 str

Wychowanie katolickie ("Rodzinna Europa")

W ciągu ośmiu lat naszego pobytu w szkole zaczynaliśmy dzień od modlitwy i pieśni Kiedy ranne wstają zorze. Wszystkie klasy zbierały się wtedy łącznie z nauczycielami w długim i szerokim korytarzu. Od modlitwy zwolnieni byli, nieliczni zresztą, innowiercy: żydzi, karaimi, mahometanie, prawosławni i ewangelicy. Prawdopodobnie tak odsunięci od wspólnoty czuli się trochę głupio.

Woskowe świece i biały strój przy Pierwszej Komunii, zapach i niebieskość kadzidła, błyski ornatu i monstrancji, ssanie w dołku, kiedy wraca się na czczo z kościoła, wzruszenia odzyskanej cnoty. Lista grzechów przyczyniała się do nieporozumień, zwłaszcza rubryka "nieczystość". Umieściwszy w niej wydawanie brzydkich odgłosów tyłkiem, spostrzegłem przez kratkę konfesjonału, że ksiądz dziwnie kuli się i zagryza usta, czyli że popełniłem nietakt. Ale cała ta dziedzina obowiązków i obrzędów nie poddawała się myśli, trwała swoją własną mocą jakby należąca do natury. Tak zresztą działa najsilniej i zostawia najtrwalsze ślady.

Niemniej nauka religii w szkole, początkowo ograniczona do opowiastek z historii świętej, w miarę czasu zmieniała się w sprawę poważną. Stopień stawiany przez księdza prefekta miał decydujący wpływ na świadectwo w końcu roku. Wymagania jego rosły wobec tych uczniów, których podejrzewał o anarchiczne albo buntownicze skłonności. Natomiast wykładane przez niego przedmioty: dogmatyka, historia Kościoła, apologetyka, niezbyt ustępowały poziomem podobnym przedmiotom w niższym seminarium duchownym. Ta intelektualna zawiłość przypadła na okres, kiedy już w mojej głowie roiło się od sylogizmów.

Doktryna katolicka jest bardzo trudna, bo zawiera jakby warstwy geologiczne. Naiwne pytania i odpowiedzi katechizmu nie pozwalają na razie przypuszczać, że mają się mniej więcej tak do tego, co pod nimi się ukrywa, jak roślinność do wrzącego centrum planety. Ale ledwo zedrze się pierwszą powłokę, już natrafia się na pułapki zastawione sobie wzajemnie przez tęgie umysły. Młodociany odkrywca szamoce się nieraz w tych pułapkach jak złapany zając. A bynajmniej nie ułatwia mu próby zderzenie dwóch zamkniętych, z pozoru przynajmniej nie zarażających się układów: religijny ściera się z naukowym, datującym się dopiero od renesansu.

Gabinet przyrodniczy, zaopatrzony w nowoczesne mikroskopy, przyciągał mnie jako siedziba wiedzy jak najmniej dla mnie abstrakcyjnej, bo dotyczącej moich leśnych i myśliwskich praktyk. Krajaliśmy tam pijawki, oglądaliśmy bijące serce rozpłatanej żaby i powstrzymując oddech, żeby delikatnie obracać śrubą mikrometryczną, nastawialiśmy mikroskop na ostrość nad preparatem z tkanek roślinnych czy zwierzęcych. Zoologii, botaniki, a następnie biologii uczył docent medycyny miejscowego uniwersytetu, specjalizujący się w cytologii, tj. nauce o komórkach. Chudy, o żółtej cerze, miał w sobie zgryźliwość wątrobiarza, ale swój przedmiot lubił i umiał nam to przekazać. Założył Koło Miłośników Przyrody, gdzie wodziłem prym jako jeden z zapaleńców. Nie ograniczałem się do ćwiczeń i podręczników, sięgałem po książki fachowe. W połowie mego pobytu w szkole, tj. w czwartej klasie, wygłosiłem swój pierwszy odczyt: o doborze gatunków i Darwinie. Wtedy właśnie wkraczałem w mój kryzys, zresztą opóźniany przez nawał zajęć, jakich przysparzało mi moje królestwo akwariów, słojów i klatek z ptakami czy białymi myszami. Nie wątpiłem o jednym: że mój przyszły zawód jest już ustalony i że zostanę przyrodnikiem. Ze zgrozą przyjąłbym przepowiednię, że jednak zdradzę swoje powołanie.

Muszę tutaj na chwilę zająć się tłem ludzkim, na jakim rozwijały się nasze upodobania i gniewy. Z masy krzyczących i niechlujnych młodych twarzy niektóre tylko musiały dla nauczycieli wyróżniać się jakimś zadatkiem indywidualności. Podobnie Olimp wychowawców dzielił się dla nas na kilku protagonistów i chór. Pomniejsi władcy zasługiwali na uwagę ze względu na swoje dziwactwa. Tak na przykład geograf nazywany gorylem uosabiał dla nas czemuś przeszłość i w istocie chyba wykładał jeszcze w carskim gimnazjum. Ogromny drab, czarny na gębie, z czarnymi wąsami, nosił spodnie w prążki i żakiet. Rozwalał się na krześle i straszliwie ziewał, pokazując czarne, jak nam się wydawało, podniebienie, co u psów jest oznaką złośliwego charakteru i sprawdzało się na jego przykładzie. Jego nuda udzielała się natychmiast wszystkim i rozpętywało się pandemonium. Wtedy, za leniwy, żeby używać słów, wymierzał palec wskazujący w stronę ławek i zakreślał ręką niedbałe półkole. Wskazany szedł ku katedrze i stawał w kącie. Pod koniec lekcji ławki były niemal wyludnione. Ten czy historyk dziadzia Kalaszeuski, mówiący z silnym białoruskim akcentem, zaliczali się jednak do figur drugiego rzędu, często poza tym zmienianych.

Na pierwszym planie sceny występowały dwie tylko osobistości, potężne wpływami, toczące ze sobą bój o nasze umysły i przeznaczone na zostanie z nami na zawsze, poza biegiem czasu. Kiedy już na uniwersytecie przeczytałem Czarodziejską górę Manna, spostrzegłem, że jest to właściwie książka o nich - jeżeli spór jezuity Naphty z humanistą Settembrinim uznamy za ważniejszy niż dzieje Hansa Castorpa. Nie jest moją winą, że daję portrety tak bardzo literackie: rzeczywistość niekiedy lubuje się w takich, jakby wyjętych z książek, sprzecznościach. Nasz Naphta miał okrągłą twarzyczkę przywiędłego chłopca, włosy przycięte w grzywkę nad czołem i ruchy pokornego sługi bożego, z częstym spuszczaniem oczu. Nic w nim nie pozwalało odgadnąć, gdzie i jak żył, zanim został księdzem, czy na wsi czy w mieście, czy w rodzinie arystokratycznej czy plebejskiej. Nie przypominał pod tym względem innych znanych nam księży. Niektórzy z nich pod Sutanną chowali gwałtowność byłych żołnierzy i zabijaków. Innych cechowała chłopska powolność czy kanciastość. Nasz prefekt rósł chyba od razu w cieniu kruchty kościelnej, przemykając się ze złożonymi rękami między złoceniami ołtarzy. Gdyby był synem zakrystiana, najbardziej odpowiadałoby to jego wyglądowi.

Niepozorne ciało poruszała zaciekła i zapiekła dusza. Dawały o niej znać bolesne bruzdy koło ust, twarde niebieskie spojrzenie, jeżeli podnosiły się powieki, ciemny rumieniec hamowanej furii. Z zamiłowania był inkwizytorem. Odgadywał po drgnięciu mięśnia na twarzy, po przechyleniu głowy błyskawicę zdrożnej refleksji. Przebywał w wymiarze, gdzie obowiązywała bezustanna czujność, napięcie, gdzie w każdej sekundzie trzeba odpierać ataki diabła. Grzech nie oznaczał dla niego tylko wykroczeń przeciw przykazaniom: rozgałęział się i zapuszczał swoje macki, przybierając pozory niewinnych rozrywek. Do kopania piłki na podwórzu Chomik, jak przekręcaliśmy jego nazwisko, odnosił się nieżyczliwie, widząc w tym jakby zapowiedź, że zbliża się już nasz wiek męski, kiedy diabeł musi zwyciężyć. Głos grubiejący w okresie mutacji wywoływał w nim odruch wstrętu, a zapach dymu papierosów traktował jako materialny znak obecności wroga: płci. Do dzieci odnosił się łagodnie, ale kiedy przekształcaliśmy się już w podrostków, okazywał swoim zachowaniem w klasie, że ma przed sobą istoty upadłe. Raz, podczas przerwy, jeden z nas narysował na tablicy baterie i przewody elektryczne, tłumacząc kolegom jakieś zadanie z fizyki. Chomik przechodził korytarzem i, uchylając drzwi znienacka, jak to lubił robić, zerknął na kredowe koła i elipsy. Wystarczyło to, żeby zapalił się jednym ze swoich najciemniejszych rumieńców i pobiegł do dyrektora, gdzie złożył raport, że zastał wyrysowane na tablicy narządy płciowe.

W jego ponurej wizji zło natury ludzkiej nie nadawało się do wyleczenia żadnymi duchowymi środkami. Można sądzić, że nie wierzył w działanie Łaski, jeżeli wymykała się ludzkiej kontroli, i nie uważał błędów za coś może czasem potrzebnego na drodze do zbawienia. Równocześnie kurczowo chwytał się obrazu jasności otoczonej przez ciemność: ocalonych poznaje się po zewnętrznych dowodach cnoty, tj. posłuszeństwie przepisom, niewinnej intonacji głosu, pokornych ruchach - czyli po treningu. Ale kto należał do ocalonych? Chyba tylko Dzieci Marii z niebieską wstęgą przez ramię, ze świecą w ręku. W każdym razie, ponieważ dobro jest i tak niedostępne, należy przynajmniej narzucić dyscyplinę sobie i innym, bo jeżeli pozostaje jakaś nadzieja, przemiana natury może dokonać się tylko od zewnątrz ku wewnątrz, a nie odwrotnie. Reprezentował więc w sposób skrajny starą tezę Kościoła katolickiego, że nie możemy zbliżyć się do Boga inaczej niż za pośrednictwem zmysłów, że wiara i cnota jednostki są funkcją zachowania się pewnej zbiorowości. Chodząc na mszę, przystępując do sakramentów, nawet mimo woli nasiąkamy stylem , który tak jak miedź jest dobrym przewodnikiem elektryczności, służy za przewodnik pierwiastkowi nadziemskiemu. Ponieważ ludzie są słabi, szaleństwem byłoby puścić ich samopas i liczyć, że odnajdą sami, wbrew stylowi otoczenia, łączność z Bogiem. Należy raczej tę łączność choćby nielicznym ułatwić, wytwarzając w masie odruchy warunkowe. Zmuszając nas do udziału w obrzędach, Chomik pewnie nie miał wielu złudzeń. Ale nie mieli ich i jego poprzednicy, nawracający mieczem heretyków.

Na pełne wykonywanie własnej woli pozwalało mu stanowisko. Nie różniło się ono bardzo od tego, jakie zyskał później w szkołach środkowej i wschodniej Europy wykładowca marksizmu-stalinizmu. Chomik stale pracował nad coraz doskonalszym wiązaniem oczek swojej sieci. Obecność na niedzielnej mszy była obowiązkowa, ale kościoły w mieście nie dawały pewności nadzoru, wobec tego urządził w naszym gmachu kaplicę, gdzie jego pełnomocni zaznaczali na listach nieobecnych krzyżykiem. Pełnomocni rekrutowali się z jego przybocznej gwardii: Sodalicji mariańskiej. Co kwartał przystępowało się do spowiedzi i Komunii. W okresie Wielkanocnym odbywały się długie rekolekcje. Żeby uniknąć kłamstw i wykrętów, nasz teokrata oparł wgląd w czystość dusz na zdrowej podstawie: wprowadził dowody na piśmie. Przystąpiwszy do spowiedzi, otrzymywało się w konfesjonale wąski skrawek papieru z pieczęcią, który należało następnie oddać prefektowi. Na jego sprawiedliwość trzeba powiedzieć, że nie organizował donosicielstwa. Jeżeli zdarzały się wypadki, to wynikały z lizusostwa czy religijnej gorliwości Sodalistów.

Wykłady swoje urozmaicał mało wybrednymi szyderstwami na temat innych religii, mody i rozumu ludzkiego. Nie unikał też rzucania wyzwisk na socjalistów, starając się wyrobić w nas odruch wrogości na sam dźwięk tego słowa. Zręczność jego wywodów załamywała się nagle, kiedy przeskakiwał do spraw współczesnych i sam obrażony dobry smak mógł skłaniać niektórych z nas do przekory.

Jego nieprzyjaciel, nauczyciel łaciny, Adolf Rożek, był zupełnym przeciwieństwem, chociażby przez swoją wykwintną, ledwo dostrzegalną ironię, poza którą w walce nie wykraczał, traktując poza tym księdza z kurtuazją. Jego zawsze gładko wygolona twarz miała w sobie coś z rzymskiej rzeźby. Być może tak ukształtowało ją przejęcie się zasadami klasycznego umiaru. Nienagannie ubrany, niekiedy z czerwonym kwiatkiem w butonierce, powinien by był właściwie nosić togę. Panował nad nami z łatwością, prawie nigdy nie podnosząc głosu, samą swoją z lekka złośliwą powagą. Syn galicyjskiego proletariusza, należał do ostatniego chyba pokolenia tych wychowanków monarchii habsburskiej, którzy wchłaniali od wczesnych lat szkolnych duże porcje łaciny, greki i komentarzy do starożytnych autorów. Na lekcjach troszczył się nie tylko o słownik i gramatykę. Kiedy opuściliśmy Juliusza Cezara i Cycerona, czyli gimnastykę zdań wtrąconych, a zabraliśmy się do Owidiusza i Horacego, godziny Rożka zmieniły się w renesansową naukę pięknego łączenia wyrazów. Najpierw odbywało się czytanie i jeżeli uczeń wadliwie skandował heksametr albo strofę alcejską, z ust nauczyciela wydobywały się syknięcia, jakby kłuto go szpilką. Prawdziwa praca zaczynała się po gramatycznym rozbiorze. Wtedy szukano razem słów najbliższych oryginałowi odcieniem. "Tak - i marszczył brwi - to już nieźle, ale to brzmi chropawo. Kto proponuje coś lepszego?" Polska składnia zostawia sporą swobodę w szyku zdania. Rożek dbał o to, żeby zatrzymać się na granicy, za którą wpada się w sztuczność, choć ponosiła go niekiedy wrażliwość na składnię łacińską - jak ponosiła w przeszłości wielu polskich autorów. "Żółte miody sączyły się..." - już dochodziliśmy do wyniku, tłumacząc opis wiecznej wiosny u Owidiusza. Zatrzymywał nas ruchem ręki. Znów kołowaliśmy między podmiotem, przydawką i orzeczeniem, żeby wreszcie po wielu próbach odczytać zbiorową zdobycz:

I żółte z zielonego dębu sączyły się miody.<

Często na jedną taką linię zużywaliśmy całą godzinę i na rok szkolny nie przypadało więcej niż kilka stron wierszy. Jednakże dzisiaj, porównując, widzę zupełną niewspółmierność pomiędzy wpływem, jaki na mnie wywarły te ćwiczenia, i szczupłością używanego do nich materiału. Chociaż wtedy tego wcale nie podejrzewałem, czas im poświęcony ważyć miał więcej niż całe dnie magazynowania bezużytecznej później wiedzy z różnych dziedzin. I ostatecznie nie chodzi o tęsknotę do Złotego Wieku czy o zamek Słońca, który stał wsparty na błyszczących kolumnach, o Faetona spadającego z nieba, o śnieżny szczyt góry Soracte czy o pasterzy z Bukolik. Nawet nie o strzępy wierszy, powracające później obsesyjnie w różnych okolicznościach życia, chociaż ich dźwięczność obudziła miłość do rytmu i niechęć do poezji zbyt płynnej:

Trahuntque siccas machinae carinas

i w carinas. Najważniejsza jest raz nabyta umiejętność skupienia uwagi nie tylko na znaczeniu, ale na sztuce powiązań, pewność, że to, co się mówi, zmienia się w zależności od tego, jak się mówi. Upór Rożka pokazywał, że warto dążyć do doskonałości i że nie mierzy się jej zegarkiem, czyli skłaniał do szacunku wobec literatury jako owocu żmudnej pracy.

Rożek opowiadał nam o instytucjach Rzymu, życiorysy poetów przeplatał anegdotami, np. o Owidiuszu, który, bity przez matkę za pociąg do poezji, płacząc przyrzekał - wierszem: lam, lam non faciam / Versus carissima mater, zapuszczał się także w rozmowy o malarstwie i o teatrze współczesnym. Jego współpraca z miejscowym teatrem była bardzo żywa - w niektórych przedstawieniach brały udział jego dzieci - mały chłopak i dziewczynka. Jemu też mieliśmy do zawdzięczenia teatr szkolny. Okazał się dobrym reżyserem (Pana Beneta Fredry). Jako wychowawca naszej klasy założył samorząd i na tym przykładzie, będąc jednym z mówców i warchołów, przekonałem się o trudnościach demokracji kierowanej. Wypowiedzi politycznych unikał, choć wiadomo było, że jest socjalistą. Promieniowała z niego optymistyczna wiara w rozum ludzki, w zdolność do zespołowych osiągnięć i w postęp.

Pomiędzy takim Naphtą i takim Settembrinim dawano nam, przez samą ich obecność, do wyboru. Bunt przeciwko księdzu przechylał szalę na korzyść łacinnika. Mój kryzys religijny nie odbył się zresztą jednorazowo, nie zakończył się jasnym "tak" albo "nie", i wstępując na uniwersytet, nie miałem go wcale za sobą. Co nie znaczy, że brakowało mu ostrości. Dążyłem do zbudowania intelektualnych pomostów pomiędzy nieprzylegającymi do siebie całościami. Podobne dążenie było na ogół obce moim kolegom, którzy dziedzinę religijną uważali raczej za wydzieloną i poddaną przepisom konwenansu. Przez swój żar zyskiwałem wśród nich pozycję Żyda wśród gojów.

Jeżeli prawem Natury jest morderstwo, jeżeli przeżywa silny, a ginie słaby, i tak od milionów, milionów lat, gdzie jest miejsce na dobrego Boga? Czemu człowiek na malutkiej gwieździe zawieszonej w pustce, nie więcej znaczącej niż drobnoustroje pod mikroskopem, wyłącza swoje cierpienie, takie samo jak ptaka z przestrzelonym skrzydłem i zajęcy pożeranych przez lisy, dlaczego ono ma być tylko godne uwagi i Odkupienia? Skąd ta wyjątkowość i skąd, jeżeli tak, okrucieństwo choroby, śmierci, tortur zadawanych ludziom przez ludzi, dowód, że prawo Natury rozciąga się i na ten gatunek? Czym różni się tłum na ulicy od zbiorowiska ameb, poza tym, że odruchy elementarne ludzi są bardziej złożone? Takie pytania wtrącały mnie nieraz na całe tygodnie w stan zbliżony do fizycznej choroby. Czas nauk przyrodniczych jest przestrzenny, nie daje się wyobrazić inaczej niż jako linia rozciągająca się wstecz i naprzód w nieskończoność. Czysto przestrzenna jest teoria ewolucji. Wieczność wtedy albo przedstawia się też jako linia, albo wymyka się umysłowi całkowicie. Niełatwo jest wpaść na pomysł, że oznacza poza-czas, że więc z jakiejś boskiej perspektywy zburzenie Niniwy, narodziny Chrystusa i data wypisana na zeszycie szkolnym są równoczesne, że zresztą w tej perspektywie ginie również rozciągłość i znak równania może być postawiony pomiędzy "wielkością" galaktyki i atomu.

Odpowiedzi szukałem w podręczniku, któremu zawdzięczam sporą część mego wykształcenia. Był to podręcznik historii Kościoła. Nie wyniosłem wiele z posiekanych na fragmenty kronikarskich wiadomości wtłaczanych nam w głowy jako historia Polski i innych krajów. Tu natomiast miało się przed sobą historię całej Europy. Dlatego sądzę dzisiaj, że przejście przez szkołę katolicką jest bardzo pożyteczne dla kogoś, kto stara się utrzymać w sobie "świadomość europejską".

Poszczególne rozdziały podręcznika urozmaicał petit, nim to podawano dość dokładne opisy różnych herezji. Moimi ulubieńcami byli gnostycy, manichejczycy i albigensi. Nie zasłaniali się przynajmniej ogólnikową wolą Boga, żeby usprawiedliwić okrucieństwo. Konieczność rządzącą wszystkim, co jest w czasie, nazywali dziełem złego demiurga, przeciwstawianego Bogu, który, w ten sposób wyłączony poza nawias, przebywał w sferze jemu tylko właściwej, wolny od odpowiedzialności, jako przedmiot pragnień. Te pragnienia oczyszczały się tym bardziej, im bardziej zwracały się przeciw ciału, tj. Stworzeniu. Nie znałem wtedy tego zdania manichejczyków: "Duch rozdarty, podzielony na cząstki, ukrzyżowany na przestrzeni" - z wyraźnym atakiem przeciwko czasoprzestrzennemu światu. Niemniej znajdowałem w peticie dość informacji jak na moje rozmyślania. Dualistyczna gorycz, Absolut ocalony za tę cenę upajały mnie jak chropawa powierzchnia po gładziźnie, której nie da się uchwycić. Autorzy podręcznika ostro potępiali rozpustę, uprawianą przez niektórych manichejczyków jako środek "walki z ciałem", ale nie wydawało mi się to przekonywające. Rozumiałem nieźle ten przeskok psychiczny: jeżeli jesteśmy w mocy Zła, trzeba robić niejako na złość, zanurzyć się w nim tak głęboko, jak to tylko możliwe, żeby pogardzać sobą jak najbardziej. Przekonałem się później, że dualistyczne pierwiastki są u katolików bardzo silne. Na przykład te dziewczęta, które spędzają noc z kimś dla sportu, wiedząc, że muszą rano obudzić się w porę, żeby nie spóźnić się na mszę - jest w tym coś więcej niż zwykła obłuda, podobnie jak nie wystarczy nazwać obłudnikiem księdza żyjącego w konkubinacie. Współistnienie nędzy cielesnej i aspiracji duchowej, z pewnym spokojem traktowane przez katolicyzm, sprzeciwia się jednak skrajnym skłonnościom młodzieńczej duszy. Chce ona rozstrzygnąć: niech będzie albo, albo. Stąd mój pociąg do manichejczyków.

Herezja, zapłodniona przez moje zainteresowanie biologią, nie skłaniała mnie, rzecz dziwna, ku humaniście, ale, poprzez bunt, ku prefektowi. Moje uczucia wobec niego były złożone i nie mniej perwersyjne niż wobec mistrzów Gnozy. Jeżeli Natura jest siedzibą Zła, to on występował jako zwolennik anty-Natury. Zakreślał inne prawo, zmagał się z wrogiem. Księciem Tego Świata. Jak cała nasza klasa podśmiewałem się z obłąkanych chwilami występków Chomika i z jego podejrzliwości. Jednak jego stara sutanna, jego umęczona pokusami twarz i wewnętrzne napięcie budziły litość i wytwarzały jakby poczucie pokrewieństwa. Co temu mógł przeciwstawić Rożek? Na jakiej podstawie zachęcał do wiary w rozum naturalny, czyli poddany Konieczności i wpadający we wszelkie sidła, jakie zastawia fizjologiczna przynależność do zwierzęcego gatunku? Na jakiej podstawie opierał swoje przekonanie, że "tu kończy się zwierzę, a tu zaczyna się człowiek"? Było to jeszcze mniej jasne niż nauki Kościoła. Tak więc można by określić mój stosunek do Rożka jako sympatię podgryzaną szyderstwem, a stosunek do prefekta jako szyderstwo podgryzane sympatią.

Odkryłem też jeszcze jeden powód do nieufności wobec wszystkiego, czym jesteśmy. Przeżywałem co pewien czas silne uniesienia religijne i równocześnie drugą połową siebie stosowałem do nich refleksję, dochodząc do niezbyt miłych wniosków. Bo weźmy dobre uczynki albo oczyszczenie z grzechów na spowiedzi. Spełniając dobry uczynek, odpierając pokusę albo odchodząc od konfesjonału, myślimy, że jesteśmy w takiej chwili dobrzy, czyli tym samym popełniamy grzech pychy, wynoszenia się nad innych, bo nie potrafimy powstrzymać się od porównywania siebie z nimi, żal nam grzeszników, od nas gorszych. Cóż warta jest więc cnota? Nieświadomie szedłem więc ścieżką św. Augustyna, natrafiając na jedno z kluczowych zagadnień chrześcijaństwa. Przez nacisk, jaki kładł na skażenie natury ludzkiej, prefekt był mi wtedy bliski. Równocześnie odpychał mnie przez swoje wymagania udziału w obrzędach. Łapczywie czytając w podręczniku o sporze pomiędzy tymi, którzy wszystko uzależniali od Łaski, i tymi, którzy zostawiali pewien zakres ludzkiej woli, hodowałem w sobie upodobania protestanckie.

Chomik, kurcząc się ze wstrętu na dźwięk mutujących głosów i dostrzegając grzech w dymie tytoniu, miał, przyznajmy to, sporo racji. Niewinność kończy się, kiedy pojawia się j a, czyli stara pycha upadku: "Będziecie jako bogowie znający złe i dobre". Nigdzie nie uwydatniła się ona u mnie wyraźniej niż w niedzielne ranki. Różne okoliczności złożyły się na to, że jako uczniowie wyższych klas zamiast do kaplicy szkolnej chodziliśmy w niektórych miesiącach na mszę do kościoła św. Jerzego. Był to kościół uczęszczany przez tzw. dobre towarzystwo. Po wyjściu z niego odbywała się defilada na deptaku. Oficerowie salutowali, mecenasowie i doktorzy rozdzielali ukłony, kobiety pokazywały swoje uśmiechy, futra i kapelusze. Posuwając się w tym tłumie albo stojąc na skwerku, byłem naładowany nienawiścią aż do pęknięcia. Człowiek, moim zdaniem, coś znaczył tylko przez swoją namiętność - do przyrody, myślistwa czy literatury, byle wkładał w to całego siebie. Ale to były małpy. Jakiż jest ich sens? Po co istnieją? Wzbijałem się na jakąś boską wysokość i trwałem nad nimi jak nad preparatem. Rodzą się, sekunda, umierają i żadnego śladu. Spójrz no na ich mizdrzenie się, intryżki, wzajemne względy, zabiegi o pieniądz i pokazanie się. Nic poza tym w nich nie ma. Owijałem się w samego siebie, powołanego, jak sądziłem, do wielkich zadań. Czyli traktowałem ich jako rzeczy .

Doświadczenie nie do zakomunikowania, tylko moje własne. Zdziwiłbym się, gdyby mi ktoś wyjaśnił, że wcale nie było tak własne, jak mi się zdawało, i że ma nazwę: "nienawiść do burżuazji". Ponieważ ten rodzaj pogardy, choć intelektualnie użyteczny, prowadził mnie później do wielu błędów, podejrzliwie dzisiaj odnoszę się do intelektualistów deklamujących o rewolucji. Miłość do uciskanych dostarcza im pretekstu, ale grają swoją grę. Pretekstem jest też ostatecznie pełniejsze zrozumienie (np. "procesów historycznych"). Chodzi o to, żeby innych zepchnąć do rzędu przedmiotów, a siebie uznać za podmiot. Już we wczesnym dzieciństwie czerpałem poczucie wyższości z moich rozmyślań nad powszechnością śmierci: ci naokoło mnie nad tym się nie zastanawiają, ja się zastanawiam, tym samym góruję nad nimi. Nie inaczej upaja się zresztą ten, kto rozbiera w myślach kobietę na ulicy: bardziej niż seks interesuje go sama władza. Można się obawiać, że byłem potencjalnym oprawcą. I jest nim każdy, komu z pomocą jego j a przychodzi przyrodniczy sposób myślenia. Pokusa, żeby przenieść na społeczeństwo prawa ewolucji, jest wkrótce prawie nie do odparcia. Wtedy inni zlewają się w "masę", podporządkowaną tzw. wielkim liniom rozwoju. On przenika swoim rozumem te wielkie linie, czyli jest wolny, ponad niewolnikami.

Jeżeli z czegoś powinienem był się spowiadać, to z tego. Sprawa była jednak zbyt skomplikowana, jak zwykle, kiedy naturalną skłonność każdego człowieka do odgrodzenia się swoją dumą od innych spotęguje sadystyczna wyobraźnia piętnastolatka. Czy więc ja ponosiłem winę czy Adam we mnie? Zresztą napełniał mnie już całego duch protestu i wstępowałem otwarcie na ścieżkę wojenną.

Udział w obrzędach razem z małpami poniżał mnie. Religia jest rzeczą świętą, jak to może być, żeby ich Bóg był jednocześnie moim Bogiem? Jakie mają prawo przyznawać się do niego? "Ale ty, gdy się modlić będziesz, wnijdźże do komory swojej, a zawarłszy drzwi módl się do Ojca twego w skrytości". Wobec wyraźnie niższych należało raczej ogłosić się za ateistę, żeby wyłączyć się z kręgu niegodnych. Należało zburzyć religię jako konwenans społeczny i przymus. Jak widać, w mojej walce z Chomikiem splatały się w jedno najlepsze i najgorsze motywy. Smak niezależności, wstręt do wszelkiej hipokryzji, obrona wolności sumienia szły w parze z intelektualną arogancją, z przekonaniem, że rozumiem więcej niż ktokolwiek, i ze wstydliwą troską o czystość. Zaczynało się od utarczek, czyli zadawania prefektowi podczas lekcji podstępnych pytań o subtelnościach dogmatów. Wojna przybierała na sile, aż do wielkiej batalii włącznie, kiedy publicznie oświadczyłem, że z powodu wprowadzenia kartek nie będę chodził do spowiedzi. Chomik prawdopodobnie dygotał wewnętrznie, zaczynając u nas wykład. Wprawdzie klasa zachowywała się biernie, pomrukami tylko wyrażając dziką satysfakcję, jakiej dostarczało widowisko zapasów jednego narwańca z autorytetem szkoły. Parszywa owca zarażała ją jednak bezczelnością. Przewrażliwienie Chomika wkrótce osiągnęło takie rozmiary, że nawet jeżeli siedziałem cicho, przerywał, co mówił, w pół słowa i krzyczał na mnie: "Ty masz nieprzyzwoity wyraz twarzy, wyjdź za drzwi!". Gdyby to od niego tylko zależało, wyrzuciłby mnie chyba ze szkoły, ale grupa nauczycieli, którą można nazwać partią Rożka, chroniła mnie jako "zdolnego".

Niepoślednią przyczyną konfliktu były szczególne cechy polskiego katolicyzmu. Ukształtowała go sytuacja historyczna krajów na wyznaniowych peryferiach, zwłaszcza w XIX wieku, czyli opór przeciwko protestanckim Prusom i prawosławnej Rosji. Cała kultura polska rozwijała się w orbicie Watykanu i nie stanowił wyjątku niedługo trwający ferment reformacji, kiedy wielki spór raczej budził ciekawość dla papiestwa, niż od niego ostatecznie oddalał. Kiedy po upadku państwa pojawił się zraniony nacjonalizm, pomiędzy pojęciami "Polak" i "katolik" postawiono znak równości. Pod władzą caratu zmiana wyznania na prawosławne powodowała wyłączenie ze wspólnoty: taki człowiek zasługiwał na nieufność jako potencjalny albo rzeczywisty kolaborant. Religia stała się więc instytucją, dzięki której przechowywała się odrębność narodowa, i pod tym względem Polacy przypominali Żydów w imperium rzymskim, a żeby podobieństwo było pełniejsze, nie brakło wśród nich prądów mesjanistycznych. Tak mocna spójnia doprowadzała do rozpaczy Rosję, której nie udawało się Polaków strawić. Ci jednak płacili sporą cenę za swoją wytrzymałość na zewnętrzne naciski: tam, gdzie nie da się określić, co jest obyczajem narodowym, a co religijnym, religia zmienia się w siłę społeczną, konserwatywną i konformistyczną. Wtedy, próbując zerwać więzy, jakie nakłada na nas środowisko, musimy ją tym samym atakować. Mój protest przeciwko rozczulającym mitom i przepisom narodowym, przeciwko starzyźnie wrogiej niepokojom, czyli przeciwko wytwornemu towarzystwu z deptaku, był dość zrozumiały, jeżeli się go oddzieli od podejrzanych przypraw. Skąd się brał, niełatwo byłoby zbadać, zapewne z wrażliwości na fluidy Zeitgeistu, co zresztą niewiele wyjaśnia.

Polski katolicyzm, choć przeniknął głęboko w umysłowość i wywołał u Rosjan chorobliwą nienawiść do Watykanu, pozostał w pierwszym rzędzie przywiązaniem do liturgii. Słabe są w nim tradycje biblijne, podróż Objawienia w czasie nie wypełnia się treścią, co nie sprzyja zobaczeniu form zewnętrznych w ich rozwoju. Nigdy z Chomikiem nie otwieraliśmy Starego Testamentu, który uważał za książkę dla nas niewskazaną. Jednak gdyby poświęcił czytaniu i komentowaniu np. Księgi Hioba choćby część godzin, jakie humanista poświęcał jednemu wierszowi Horacego, odnieślibyśmy większą korzyść niż z jego krótkich opowiadań o prorokach, gdzie zajmował się tylko prefiguracjami Chrystusa. Mógłby nam wyjaśnić, jak cenny jest respekt dla tajemnicy, który każe przemilczać najwyższe imię. Mógłby nas też pouczyć, że judaizm, w przeciwieństwie do swoich rywali w starożytności z ich cykliczną wizją świata, ujmował Stworzenie w ruchu, jako dialog, jako wyłanianie się ciągle modyfikowanych pytań i ciągle modyfikowanych odpowiedzi i że tę właściwość odziedziczyło po nim chrześcijaństwo. Zaszczepiłby nas, tak postępując, przeciwko zbyt łapczywemu chwytaniu się pewnika, że ludzkie rzeczy stają się, a nie tylko są, czyli oswoiłby nas z historią. Ale był pozbawiony wyobraźni i od naporu współczesności odgradzał się barierą sztywnej postawy.

Poza tym katolicyzm polski wykazuje silną skłonność do ujęcia grzechu niemal jako deliktu prawa rzymskiego i Chomik nie stanowił tu wyjątku. Niezupełnie to zgadzało się z jego głębszym przekonaniem o zasadniczym skażeniu, bez ratunku w przepisach. Ale mnożył kazuistyczne rozróżnienia, jakby stosując maksymę kodeksu karnego: nullum crimen sine lege. Czy zjeść coś punktualnie o północy, kiedy rano przystępuje się do Komunii, jest grzechem czy nie jest? Kiedy przekroczenie postu będzie grzechem ciężkim, a kiedy powszednim? Co wolno robić w niedzielę? Co staje się z nie ochrzczonymi dziećmi, jeżeli umrą, skoro nie mogą dostać się do Czyśćca ani do Nieba? Ilość tych przegródek przerażała. Pod tym względem Chomik był kapłanem Starego Testamentu. Ponieważ miałem sumienie skrupulatne, żyłem stale z poczuciem winy. Można odgadnąć, że to poczucie rozciągało się tym bardziej na sprawy płci. Katolicyzm jest wobec nich dość pobłażliwy, ale znaczna ilość wychowanków naszego prefekta nie uwolniła się na pewno nigdy od urazów i każdy akt seksualny, nawet błogosławiony przez Kościół, był dla nich złem. Wyjście mogli znaleźć tylko manichejskie: rozwiązłość planowa, z przezwyciężeniem samego siebie, ponieważ ideał zachowania się jest w ogóle niedostępny.

Chomik nie umiał nam naprawdę pokazać, że obowiązek moralny dotyczy osoby innego człowieka. Jego system kar i nagród (paragrafy zaopatrzone w sankcje) kierował się dośrodkowo, ku zbawieniu indywidualnej duszy i oddając innym, "co im się należy", spełniało się tylko negatywny warunek, a prawdziwa praca zaczynała się jakby po zamknięciu okna, przez które wygnano dokuczliwe owady. Nie znaczy to zresztą, że zachęcał nas do kontemplacji, po prostu do rytualnych oczyszczeń, których przedmiotem jest nasza własna osoba. Widzę w tym również cechę polskiego katolicyzmu. Podkreśla ona silnie odpowiedzialność wobec istot zbiorowych, tj. Kościoła i Ojczyzny, w dużym stopniu utożsamionych, ale spycha na podrzędne miejsce odpowiedzialność wobec ludzi żywych i konkretnych. Sprzyja idealizmowi różnych gatunków i absolutyzuje działanie: powinno ono zawsze mieć na widoku wielkie cele. Stąd, być może, pochodzi zdolność Polaków do bohaterskich porywów i lekkomyślność czy niechlujstwo w związkach z innym człowiekiem, a nawet obojętność na jego cierpienie. Noszą gorset - rzymski gorset - który pęka po jakiejś porcji alkoholu i wtedy wyziera spod niego chaos, mniej spotykany w cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Religia rzadko jest dla nich doświadczeniem wewnętrznym, najczęściej zbiorem nakazów ugruntowanych na przyzwyczajeniach i przesądach plemiennych, przez co są stale w niewoli Społecznego Zwierzęcia Platona. Ich literatura jest wypełniona problemem obowiązku wobec istot zbiorowych (Kościół, naród, społeczeństwo, klasa) i wynikających stąd spięć. Nic dziwnego, że siła negacji u niektórych była wprost proporcjonalna do siły tej tradycji.

Ksiądz uważał mnie za ateistę, w czym się mylił. Co prawda wprowadzałem go w błąd z zazdrości: to, co jest ukryte, jest nam droższe, niż gdybyśmy to ogłaszali publicznie. Podobną skłonność zauważyłem później u krypto-katolików należących do aparatu komunistycznego państwa. Ich religijność była bardziej żarliwa niż u otwarcie praktykujących wiernych. Miałem za mało danych na zostanie ateistą, bo żyłem stale w podziwie, jakby przed zasłoną, która przecie musiała się podnieść któregoś dnia. Mój temperament był kontemplacyjny, nie skłaniający do aktywnego życia, i notatki przyrodnicze, chwile nad mikroskopem czy następnie literatura poddane były temu samemu prawu unieruchomionej w jednym punkcie uwagi. Poza tym w domu brakowało powodów do religijnego buntu. Indyferentyzm ojca nie powodował, jak się często zdarza, dewocyjnej gorliwości matki, która była katoliczką praktykującą, ale bez podkreślania wagi praktyk. Natomiast wszystko, co się działo, było dla niej współzależne, przeznaczone, a jej kult tajemnicy w tym ukrytej wskazywał na trwałość trochę pogańskiego mistycyzmu, tak często spotykanego na Litwie. Świat był dla niej miejscem sakralnym, choć rozwiązanie jego zagadki miało nastąpić za grobem. Tolerancja jej wyrażała się zdaniem: "Każdy chwali Boga, jak umie", i trudno jej, jak się zdaje, przyszłoby uznać za pewne, że religia katolicka jest jedynie prawdziwa. Sztywne kategorie Nieba i Piekła rozpływały się we wzruszeniu ramion: "Co my wiemy?". Moje szkolne awantury z przełożonymi wcale jej nie przejmowały.

Jak dać radę z pięknem i równocześnie z matematycznym okrucieństwem wszechświata? Co jest tutaj pozorem i złudzeniem, a co rzeczywistą treścią? Zdeptywałem gąsienicę na ścieżce, jak się popełnia seksualny występek: chciałoby się tego nie robić, ale robimy to, bo żyjemy na ziemi, włączeni w obrót rzeczy. Jaka różnica, czy zdepczę ją przypadkiem, czy wtedy, kiedy but jej już dotyka, uświadomię sobie jej obecność i przycisnę stopę ze złością przeciwko temu, czym jestem? Jeżeli Bóg jest zły, jak mogę usprawiedliwić moją modlitwę? Kiedy Chomik wyrzucał mnie za drzwi, ja, protestant, szukałem prywatnej drogi. W dwóch książkach próbowałem znaleźć pomoc. Były to Wyznania św. Augustyna i Doświadczenie religijne Williama Jamesa.

Nie ma większego znaczenia, czym są te książki i jak je interpretowano. Czerpałem z nich, co było mi potrzebne. Jeżeli odrzuci się myśl o karach i nagrodach po śmierci jako nieprzyzwoitą (bo cóż to za płaska handlowa transakcja), jeżeli historia chrześcijaństwa budzi wątpliwości nie tylko dlatego, że służyło ono często za maskę dla ucisku, także dlatego, że pierwsi chrześcijanie łudzili siebie, czekając na wypełnienie się czasów; jeżeli dogmaty nie godzą się z myśleniem naukowym - wtedy należy odkryć inny wymiar, w którym sprzeczności zmieniają tonację i są uprawnione. Ten drugi wymiar nie przeszkadza biologii i fizyce, trwa równolegle. Złożoność i bogactwo przeżyć św. Augustyna były faktem, podobnie jak były faktem uniesienia religijne wielu przeciętnych mężczyzn i kobiet, opisane przez Jamesa. Jak mi się zdaje dzisiaj, nie wyciągałem pragmatycznego wniosku: skoro coś zapewnia szczęście i energię, kryterium prawdy i nieprawdy nie ma zastosowania. Raczej chciałem się upewnić, że moje potrzeby nie są wyjątkiem, i przyjmowałem, że tak powszechny głód nie może nie być zaspokojony. Czyli rzeczywistość uznałem za znacznie głębszą niż to, co mogłem o niej pomyśleć, i pozwalającą na różne rodzaje poznania - w czym byłem wierny matce i wierny Litwie, nawiedzanej przez duchy Swedenborga. Wewnętrznej pewności nie udawało mi się stłumić: że istnieje błyszczący punkt na przecięciu wszystkich linii i że wtedy, kiedy go neguję, tracę zdolność koncentracji, a rzeczy, dążenia rozpadają się w proszek. Pewność dotyczyła także mojego związku z tym punktem. Czułem mocno, że nic nie zależy ode mnie, że jeżeli coś zrealizuję w życiu, będzie mi to dane, a nie zdobyte. Czas otwierał się przede mną jak mgła, przez którą, jeżeli zasłużę, przebiję się i wtedy zrozumiem.

Komedianctwo, histeria i głupota młodych mężczyzn współistnieją często nieźle z powagą przemyśleń i prawdopodobnie dla dziewcząt w ich wieku te brudne, wrzaskliwe stwory, pokrywające nieśmiałość bezczelnością, muszą być zagadką. Również nauczycielom niełatwo chyba przychodzi odróżnić dane, zapowiadające przyszłą porażkę, od tych, które mogą zaprowadzić do odegrania pożytecznej roli w jakiejś dziedzinie. Zrównoważony Rożek poruszał się wśród tych zawęźleń psychicznych pewniej niż ksiądz. Skuteczniejsza też była jego walka ze sprośnymi dowcipami i z napadami zbiorowego śmiechu za najmniejszą aluzją do szczegółów ludzkiej anatomii. Pod jego chłodną ironią winowajca wił się, czerwienił i przyswajał sobie niewątpliwą prawdę: że był osłem. Natomiast Chomik, wytyczając rewiry zabronione i nie umiejąc dostrzec, że w tym złożonym procesie chemicznym żaden pierwiastek nie występował oddzielnie, ale wchodził z innymi w ciągle nowe związki, utrudniał nam jakie takie rozeznanie się w nas samych.

Niemniej musiałem go jakoś umieścić. Ciągła wojna mnie wreszcie znudziła. Nie ufając idei wszechświata jako mechanizmu - bardzo ładne osiągnięcia, ale nic z nich nie wynika - dawałem sobie pozwolenie na przesądy i składając ofiary drobnym bóstwom leśnym, byłbym zgodny z sobą, wiedząc, że postępuję absurdalnie, ale jeszcze mocniej wiedząc, że robię dobrze, bo łączność z siłami, które są, choć nie da się ich nazwać, wymaga gestów symbolicznych. Może przesadzam, ale świty i zmierzchy spędzone na tropieniu ptaków, a także pamięć wojennych niebezpieczeństw w dzieciństwie nie usposabiały mnie do wiary w przypadek.

Stale zanurzony w wielkiej całości, byłem, jak to się mówi, naturą do głębi religijną. Kościół katolicki imponował swoją olbrzymią budowlą, zwracał się do mnie, nie żądając niczego więcej niż poddania się dyscyplinie, z zawieszeniem sądu. Pomimo wszystko, jako pilny czytelnik historii Kościoła, godziłem się z potrzebą dyscypliny, bo sam żadnej nie umiałbym wynaleźć. Czy była to rezygnacja? Nie traciłem nadziei, że tę łamigłówkę uda mi się rozebrać i na nowo ułożyć. Chomik zmniejszał się, nie zajmował już pierwszego planu. Nędzny, ale instytucja również przecie ludzka, rojowisko pokoleń, czyż mogłaby uniknąć oparcia się na takich jak on? W ostatnim roku przed maturą ustaliła się pomiędzy nami mało serdeczna grzeczność. Zorientował się zapewne, że siłą mnie nie przełamie. Kiedy przestał mnie naciskać, poszedłem do spowiedzi. Akt pokory wobec Bytu winien był być ściśle dobrowolny i osobisty, poza społecznym obyczajem. Przyrzekłem sobie, że nie zawrę nigdy przymierza z polskim katolicyzmem - niekoniecznie używając tego terminu - czyli że nie poddam się małpom.

Są dzisiaj przede mną obaj. Orzechowe oczy Rożka ogarniają nas w ławkach skrótem spojrzenia. Spod maski rzymskiego senatora wyglądała u niego czasem twarz czujnego chłopskiego dziecka, góralczyka z podhalańskiej wioski. Spaceruje z założonymi w tył rękami i, ważąc zdania, opowiada o dworze Augusta. Chomik grzebie w fałdach sutanny i wyciąga stamtąd chustkę do nosa. Ponieważ jest niezbyt czysta, używa jej dyskretnie, trzymając w pięści. Oczy ma sino podbite, w rysach znużenie złej nocy. Obaj byli dla mnie trochę jak pociski, wybuchające później, niż należało się spodziewać. Pierwszemu zawdzięczam niesmak, jaki mnie gnębił podczas moich pierwszych prób literackich. Romantyczne smutki czy automatyzm natchnień przesłaniały tylko tęsknotę do przejrzystej, logicznej struktury, ale nie zdołały jej usunąć. Drugiemu zawdzięczam wrażliwość na zapach siarki piekielnej, zasadniczy dualizm, trudności w nawiązaniu przyjaźni z tym drugim w nas, nad którym nie panujemy, a musimy przełykać wstyd za niego.

Wojny z Chomikiem wzmacniały moją wrodzoną skrytość, przekorę i pociąg do postaw sztucznych; albo przybieranych dla samooszukaństwa, albo dla wyrafinowanej gry. Takie wyniki pedagogiczne nie zasługują może na pochwały. Jednak nie przeciąłem nigdy tej nici nieprzyjaznego braterstwa, jaka się między nami zadzierzgnęła. Był dla mnie bardzo obecny, kiedy dowiedziałem się po II wojnie światowej, że odmówił wyjazdu z naszego, zabranego przez Związek Sowiecki, miasta. Straszliwy i niezłomny, został ze swoją parafią.

Nie można przestać być członkiem Kościoła katolickiego - tak uczy doktryna. I potwierdzają to dwie postawy, zarówno akceptacji, jak sprzeciwu. Przesłonięty albo ostry, trwa problem centralny i sądzę, że dla wszystkich wychowanych w katolicyzmie, chcą tego czy nie chcą, filozofia zawsze jest ancilla theologiae. Może zresztą inna w ogóle nie istnieje i trzeba przyznać słuszność konsekwentnym przeciwnikom religii, kiedy tępią wszelką filozofię jako podejrzaną.

Moc katolicyzmu zawarta jest w wielości jego aspektów, które odsłaniają się i w biegu historii, i w kolejnych fazach indywidualnego życia. Utrzymujące się od kilku stuleci napięcie pomiędzy nim i "światopoglądem naukowym", chociaż powoduje kryzys wierzeń w masach, raczej sprzyja obu antagonistom. Ostatecznie nowoczesna nauka jest tworem judeochrześcijańskim i chyba dlatego tylko mogła dojść do pojęć o wszechświecie, nieprzetłumaczalnych na żaden jasny i oczywisty obraz, wyrażalnych jedynie przy pomocy znaków. Ktokolwiek miał okazję śledzić na sobie samym ten spór, zgodzi się, że sprzeczność jest płodna.