Czeslaw Miłosz, kilka wierszy, 143 str

Czeslaw Miłosz, kilka wierszy, 143 str

Czeslaw Miłosz, kilka wierszy, 143 str

Pesymizm-optymizm ("Życie na wyspach")

 

Jeszcze niedawno, kiedy mówiło się o ubiegłym stuleciu, znaczyło to wiek dziewiętnasty, a teraz "ubiegły" zaczyna znaczyć nasze stulecie. Choć właściwie o obu tych okresach można byłoby myśleć razem, jako o epoce wielkiego przyśpieszenia, poczynając od ścięcia króla we Francji i wojen napoleońskich. I może nie bez pożytku byłoby zastanowić się nad kolejnymi nawrotami optymizmu i pesymizmu w ciągu tego całego czasu.

Pierwsza połowa dziewiętnastego wieku wydaje się nam aż nieskromnie optymistyczna, to znaczy oczekująca jasnej przyszłości już jutro. Miał tam prowadzić Rozum, któremu nawet zbudowano w Paryżu świątynię. Oświeceniowe ideały kwitły w lożach masońskich, w rewolucyjnych związkach, w armiach niosących wieść o wolności, równości i braterstwie. Czyż nie optymistyczna jest Marsylianka, Czarodziejski flet Mozarta, Oda do młodości Mickiewicza, Dziewiąta symfonia Beethovena? I zaraz pełno socjalistycznych utopii, fourieryści, saintsimoniści, jak też oczekiwanie, niby u średniowiecznego Joachima da Fiore, nadejścia Trzeciej Ery, Ducha, po erach Ojca i Syna. Tudzież Hegel. Polski romantyzm dzieli te porywy i stąd jego dzieła muszą być trochę trudne dla bardziej trzeźwych pokoleń.

Po 1848 coś się psuje, w każdym razie u filozofów i poetów, jakby nagromadzone sarkazmy teraz dopiero wydostały się na powierzchnię; diaboliczny grymas bohaterów Byrona, rozmyślanie o chrześcijaństwie spłyconym u Kierkegaarda, Schopenhauer ze swoją odrazą do Woli, czyli walki o byt, infernalne wielkie miasto w Kwiatach zła Baudelaire'a, Notatki z podziemia Dostojewskiego. Zarazem jednak optymistyczna wiara w postęp zostaje przejęta przez naukę, której rozwój już zapowiada jej triumfy w następnym wieku. Odkrycie ewolucji w przyrodzie przez Darwina jest niejako przekładem pojęcia ruchu-postępu na język teorii. Powstaje optymistyczna science fiction, której wielką postacią jest Jules Verne. Przewidział łódź podwodną, telewizję, podróże międzyplanetarne. W Rosji, skłonnej do mesjanicznie-unaukowionych pomysłów, religijny myśliciel Mikołaj Fiodorow występuje ze swoim posłaniem powszechnej Wielkiejnocy wskrzeszenia wszystkich naszych ojców i praojców - co jest obowiązkiem nas, synów, i stanie się możliwe dzięki nauce. Uczniowie Fiodorowa, zastanawiając się nad tym, co będzie, kiedy wszyscy nasi przodkowie, od początku świata, zmartwychwstaną, znajdują rozwiązanie: kolonizację innych planet. Nie pozostaje to bez następstw praktycznych, bo Konstanty Ciołkowski projektuje silnik odrzutowy do lotów międzyplanetarnych. Można rzec, że sowiecki Sputnik począł się z religijnej i postępowej wizji Fiodorowa. I czyż sowiecki marksizm nie był, zwłaszcza w latach dwudziestych, mesjanizmem unaukowionym?

Trochę dziwne, że najkrwawsza wojna dziewiętnastego wieku, amerykańska Wojna Domowa, nie zdołała załamać wiary w nieustanny postęp. Dopiero na przełomie stuleci, około roku 1900, ton minorowy znowu daje znać o sobie. Wehikuł czasu G. G. Wellsa niby potwierdza wynalazczość nauki, bo zbudowana zostaje maszyna do podróży w czasie, ale zobaczona za jej pomocą odległa przyszłość naszej planety nie przedstawia się różowo. A jedno z pierwszych dzieł nowego stulecia nosi tytuł Jądro ciemności. Czytany jest Dostojewski i Nietzsche, który wbrew pojęciu historii jako linii biegnącej naprzód powraca do fatalistycznego pojęcia starożytności, do idei Wiecznego Powrotu, co zresztą w nauce znajduje odpowiednik w rozważaniach o końcu życia na ziemi wskutek wzrostu entropii. I jakaś tajemnicza współzależność istnieje pomiędzy pisanymi do szuflady opowiadaniami urzędnika towarzystwa ubezpieczeń w Pradze, Kafki, i masową rzezią I wojny, która, w przeciwieństwie do amerykańskiej Wojny Domowej, poraziła świadomość Europy.

Rozmyślając o dziewiętnastym wieku, można zdobywać się na uogólnienia, potrzebne, ale zawsze niedokładne, bo przecie dwa tony są zawsze obok siebie, przeplatają się. Józef Maria Hoene Wroński w dziejach współczesnej mu Europy widział nawet stałą walkę pierwiastka etre i pierwiastka devenir. Pierwszy to stabilność, monarchia, konserwatyzm, tradycja. Drugi to ruch, zmiana, przewrót, nowość. Pisał nawet memoriały do monarchów, próbując ich przekonać, że gwałtowne zderzenie tych dwóch pierwiastków doprowadzi do katastrofy, że nadzieja leży w ich syntezie. (Car rosyjski lepiej by zrobił, gdyby go usłuchał). Podwójność znamy na przykład z dziejów romantyzmu, w którym był także nurt idealizacji średniowiecza, konserwatywny, owocujący w obronie oblężonej twierdzy starego porządku, jak u Zygmunta Krasińskiego.

Pokolenie dorastające w Polsce po pierwszej wojnie światowej poddane było wpływom idącym w dwóch różnych kierunkach i ich rozwikłanie jest trudne. "Wojna ludów" spełnia nadzieje Mickiewicza, przynosząc Polsce niepodległość, ta jednak była od początku podminowana przez rewolucyjne utopie na wschód i na zachód od granic nowego państwa. Zwycięstwo 1920 roku było naprawdę cudem, niemniej jednak kraj, choć ocalony, nie mógł być wyspą, przetaczały się przez jego pisma i uczelnie te same co wszędzie flukta, co prawda w trzech czwartych zablokowane przez ideologię katolicko-narodową, która, gdyby ją mierzyć jakimiś twórczymi przemyśleniami i dokonaniami, już wtedy okazywała się białą plamą. Nowoczesność, socjalizm, gigantyzm, futuryzm, "miasto masa maszyna" - wszystkie te rojenia były, by tak rzec, zagraniczne, a rynek książkowy wchłaniał powieści i sowieckie, i z Niemiec Weimarskich. Aleksander Wat mówi w Moim wieku: "ruiny", "wesołe ruiny" - ale dlaczego wesołe? Bo przygotowywały jakiś nieokreślony lepszy nowy ład? Zważmy, że po hekatombie wojny rozlegały się w Paryżu hymny na chwałę przełomu, wielkiego oczekiwania i pleniła się wszelkiego rodzaju awangardowość w sztuce, co nie przeczy przerażeniu na innym poziomie. Pamiętam tytuł książki Juliusza Kadena-Bandrowskiego, wrażeń z podróży, rok bodaj 1926: Europa zbiera siano. I zbierała. Było więc sporo złudnej pogody, a kawiarnie Montparnasse zaczęły pustoszeć dopiero po roku amerykańskiego kryzysu, 1929.

A skąd katastrofizm? Z trzewi tego drugiego, mrocznego, dziewiętnastego wieku, z obrócenia się powieści Jules Verne'a w powieści-antyutopie, z bezrobocia i nihilistycznej drwiny Niemiec Weimarskich, z dzikości widowiska wojen i przewrotów ("Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw" - pisał Antoni Słonimski), no i z tego wszystkiego, co symbolizują nazwiska Spenglera i St. Ign. Witkiewicza. Domyślam się, że koledzy pułkowi, kiedy ten był w Rosji, podsunęli mu pisma Konstantego Leontjewa, reakcjonisty całą gębą, dla którego Dostojewski był "różowy" i który miał plan dla Rosji "podmrozić". W każdym razie "Żagary" reprezentowały najdziwniejsze w świecie połączenie lewicowości z pesymizmem, co najwyraźniej okazywało się przy konfrontacji z awangardą krakowską czy (w malarstwie) łódzką. U Przybosia na przykład wszystko było jasne: postępowość, socjalizm, nowoczesność w sztuce, rozum, walka z zabobonem, z religią, ze staroświecką poetyką, z uciskiem klasowym - światopogląd bez wewnętrznych pęknięć. Takich jak on było jednak w Polsce sporo, pamiętam różne rozmowy, także z poetą Lechem Piwowarem, który miał zginąć w Katyniu.

Jakiś wstyd i niewygoda: że my dla nich jesteśmy poplątani, mętni, niezdecydowani i przez to reakcyjni. Sąd o nas można znaleźć w książce Ignacego Fika o literaturze dwudziestolecia - gdzie mnie zwłaszcza odpowiednio ustawiał marksistowsko. Orientacja inteligencji "twórczej" była lewicowa, ale nie bardzo chcą o tym pamiętać dzisiejsi tropiciele zdrady, choć uznanie PRL-u za swoje państwo było dla takich ludzi jak Przyboś raczej logiczne. Czy też chcą pamiętać, ale po to, żeby winić lewicowe skłonności inteligencji za jej uległość. A jakie miały być? Oenerowskie? Owszem, pośrodku telepała się jeszcze orientacja piłsudczyków, która ma dla mnie twarze konkretnych osób, a więc reżysera Wilama Horzycy, Józefa Czechowicza, wspaniałej mojej szeficy w Polskim Radiu, Haliny Sosnowskiej, której pamięć wielbię. Ale po 1935, czyli po śmierci Piłsudskiego, wraz ze zdradą ideałów Komendanta przez jego oficerów, ten środek kurczył się, ustępując miejsca (w umysłach) skrajnej prawicy i skrajnej lewicy. Zbytnia jasność dnia chyba nie jest dobra dla twórczości. "Tu jasno, ale płytko! Tam głębia, lecz ciemno" - jak pisał profesor Tadeusz Kotarbiński. Dla mnie osobiście sztukę progresistów najlepiej uosabia malarstwo Ferdynanda Légera, za którym nie przepadam. Mrok bardziej sprzyja wyobraźni i dzisiaj spożywane są owoce mroku: Kafka, T.S. Eliot, Beckett, Witkacy, Schulz, Czechowicz, Żagaryści i ich potomstwo. Niemniej jednak, jako poeta, którego umieszczano w okolicach "tam głębia, lecz ciemno", mogę zaręczyć, że nie jest przyjemnie być przedmiotem niechęci, która wrzuca do jednego pojemnika niejasność, religianctwo, artystyczny anachronizm, mistycyzm i wszelkie możliwe grzechy przeciw oświeceniu.

Jeszcze raz przywołując etre i devenir Hoene Wrońskiego, warto bezstronnie stwierdzić, że po stronie e tre szacunek dla tradycji i przeszłości nieraz graniczy niebezpiecznie z sympatiami do prawicowego totalitaryzmu, jak pokazuje chociażby przykład Heideggera czy, w nieco innym rejestrze, niektórych tomistów.

Nauka w dwudziestym wieku w słabym tylko stopniu popadała w pesymizm nawiedzający filozofów i poetów. Dążyła równym krokiem naprzód, od odkrycia do odkrycia. Olbrzymi przewrót w fizyce był dziełem Einsteina i zaraz Plancka, Heisenberga, Bohra. Na Zachodzie powstaje też futurologiczny system Teilharda de Chardin, nieco podobny do systemu Fiodorowa na Wschodzie. Teilhard ekstrapolował teorię ewolucji, rzutując ją na miliony lat przyszłości, z biosfery przenosząc ludzkość w noosferę, czyli w życie umysłem, aż do Punktu Omega, spotkania ludzkości z Chrystusem. System ten został przez uczonych dość dobrze przyjęty, jako że respektował ich podstawowy pewnik, ewolucję.

Jednak prawie powszechną wiarą uczonych stał się pooświeceniowy ateizm i kult prawdy naukowej, zastępującej religię i filozofię. Być może dlatego tak wielu uczonych zachwycało się wytężonym w przyszłość Związkiem Sowieckim (Joliot-Curie, Haldane, Bernal etc., etc.), a Sputnik ich w tym utwierdzał. Sceptyków co do przygód ludzkiego umysłu nie było wielu wśród uczonych. H.G. Wells pod koniec życia napisał sceptyczną broszurę pt. Mind at the End of Its Tether, czyli Umysł u kresu swoich możliwości. Sam Einstein był niechętny zadufaniu. Najdalej natomiast w negatywnej ocenie ślepego zaułka posunął się Jacques Monod. Według niego, ludzkość zabrnęła: bo ma już tylko jedno pojęcie prawdy, a jest nim pojęcie prawdy naukowej. Ale nauka nie potrafi orzekać o wartościach, natomiast ród ludzki jest (genetycznie?) pogrążony w wartościowaniu, stąd groźna sprzeczność.

Odrywając się na chwilę od naszych kłopotów, zbyt ziemskich i przyziemnych, trzeba stwierdzić, że wymierzone w jutro zamiary uczonych sprawdzają się. Może mieszkańcy tej planety zdechną od własnego smrodu, ale pojazdy międzyplanetarne krążą, pisana jest "historia czasu" wstecz aż do wielkiego Bum, i już jest mowa o stworzeniu "teorii wszystkiego". A nawet już istnieje wielkie dzieło profesora fizyki matematycznej w Nowym Orleanie, którego autor, na 600 stronach, zapuszcza się w równie odległą przyszłość, miliardy lat, jak Hawking w swojej historii czasu, który minął. Nowoczesna kosmologia. Bóg i zmartwychwstanie umarłych Franka J. Tipplera składa się z dwóch części: pierwsza dla laików (ale i tak dla nich za trudna), druga dla uczonych, same równania i wykresy. Tippler deklaruje się jako ateista, ale tak mu wyszło z obliczeń, że komputery o inteligencji ludzkiej będą naszymi następcami, kiedy zginie planeta Ziemia, i one to skolonizują cały wszechświat, po czym ta nowa ludzkość po miliardach lat spotka Punkt Omega, Boga, który zamiast być jedynie sprawcą, jest niejako stacją docelową. Ponieważ absolutnie pełna informacja komputerowa o danym ludzkim indywiduum równa się temu indywiduum (jabłko w stu procentach odtworzone czyż nie jest tym samym jabłkiem?), wskrzeszona informacja o wszystkich minionych indywiduach ludzkiego gatunku nie będzie niczym innym niż zmartwychwstaniem.

Tippler przyznaje, że Punkt Omega (ale tylko to) wziął od Teilharda de Chardin. Nie wydaje się, żeby słyszał o Fiodorowie, który, co prawda, nie miał do swojej dyspozycji komputerów ani mechaniki kwantowej. Do swoich komputerów Tippler jest tak przywiązany, że nazywa rasistami tych swoich kolegów, którzy nie wierzą w narodziny komputerowego plemienia o inteligencji równej albo wyższej niż ludzka.

Nie potrzeba wierzyć w jego wywody, żeby uznać, że dzieło jest znamienne dla obecnej chwili i że jego teza ("teologia odtąd jest częścią nauki") będzie podejmowana przez innych. Może jednak te zderzenia optymizmu z pesymizmem mogłyby się przydać w domu, kiedy próbujemy zgadnąć, jak myśli dzisiaj w Polsce znaczna część "kasty biednej". Dostała niezłe bicie, jednak podejrzewam, że trwa w niej substrat sprzed drugiej wojny, czyli orientacja laicka, antyklerykalna, "naukowościowa" tudzież pochopna do awangardowania (dziś postmodernizowania). Sądząc po pewnych objawach, zaryzykuję twierdzenie, że ten substrat okazał się silniejszy niż kolejne religijno-patriotyczne fazy. W takim razie jednak coś powinno być zrobione dla uzyskania samoświadomości. Przez dziesiątki lat pozytywów dostarczała oficjalna retoryka PRL, opór wobec niej wystarczał za światopogląd, ale co się dzieje, kiedy samemu jakieś pozytywa trzeba wynaleźć? Innymi słowy: dokąd? ku czemu?

Szczerze mówiąc, te rozważania mają bardzo osobisty klucz. Chwilami wydaje mi się, że powtarza się sytuacja sprzed wojny i z dziesięcioleci PRL-u, czyli trwa mój konflikt z czytelnikiem przynależącym do pewnej formacji umysłowej. Niegdyś zarzucano mi nieawangardowość, co zresztą oznaczało więcej niż taki a nie inny stosunek do języka. Później byłem jak najjawniej politycznie napiętnowany. A teraz rozmijanie się przybiera postać niejasnych zarzutów, znów wymierzonych w mój sposób pisania, choć oczywiście kryje się za tym, pewnie słabo rozumiana, odraza do mojej pokrętnej filozofii. Jestem staroświecki, nie dotrzymuję kroku artystycznym przewrotom na Zachodzie (tylko w Kalifornii mi to jakoś uchodzi), czytam Orzeszkową i Rodziewiczównę, piszę do "Tygodnika Powszechnego", religiancki, "mistycyzujący", licho wie jaki, zlepiony ze sprzeczności.

Ten więc jest osobisty klucz kogoś, w kim spotykają się optymizm i pesymizm. Jednakże gdyby tę sytuację uogólnić, otrzymalibyśmy niejaki wgląd w rzeczywiste, choć mało uświadamiane linie podziału. To jednak nie jest normalne, że tak długo trwa stan zawieszenia dyskusji zasadniczych. Gdzie jesteście - racjonalni, logiczni, jasno myślący, wierni światopoglądowi naukowemu? Chyba nie przysypały was gruzy?

Nuże, otrząśnijcie się z pyłu rumowisk i porozmawiajmy.

[1993