Hymn o perle - recenzja

RYSZARD MATUSZEWSKI

Czesław Miłosz to poeta, który z dociekliwością intelektualną i inklinacjami moralisty łączy szczególnie dobitnie podkreślane przekonanie, że poezja nie znosi abstrakcji, że jest mową obrazów. Za wymowną ilustrację tej postawy może służyć w ostatnim jego zbiorze zabawnie przewrotny wiersz Idea, rodzaj ironicznej deklaracji antydoktrynalnęj, groteskowa przypowieść, w której autor podrwiwa z uwodzicielskich pokus myślenia abstrakcyjnie-utopijnego, stosując przy tym sztafaż stylizacyjny o wyraźnie malarskich walorach.

 

Wydaje się, że tym, co pod względem myślowym narzuca się przy lekturze tego utworu przede wszystkim, jest wyraz postawy nieufnej wobec marzeń o naprawie ludzkości. Może dlatego nazwisko egzystencjalistycznego pesymisty Kierkegaarda pada w nim - na zasadzie osobliwego, kostiumowego kontrastu - w kontekście malowidła, kojarzącego się raczej ze średniowieczem lub jakimś renesansowym arrasem, przedstawiającym myśliwych osaczających "knieję Idei". Niebezpieczna przez swą nierealność jest bowiem przede wszystkim Idea uwodząca mirażami powszechnej szczęśliwości, a nie świadomość nędzy kondycji ludzkiej, właściwa egzystencjalistom i bliska także Miłoszowi.

Niemniej filozoficzna wymowa wiersza nie wydaje się wcale jednoznaczna. Czyimiż to bowiem oczami oglądamy ową Ideę, której obrazowy ekwiwalent ma wyraźnie zabarwienie negatywne? Nie jest powiedziane, że autor w pełni solidaryzuje się z gromadą prostodusznych myśliwych, którzy Ideę traktują jak zwierzynę łowną. W każdym razie dystans wobec nich jest wyraźnie zaznaczony charakterem stylizacji, sygnalizującej, iż autor świadom jest walorów Idei, z pewnością szlachetnej, a jej adwersarze odnoszą się do niej w sposób prymitywny i być może wcale jej nie rozumieją. Trudno zaprzeczyć, że w ich obrazie, skreślonym piórem poety, są również rysy pozwalające nam widzieć w nich typowych przedstawicieli Ciemnogrodu w zapasach z budzicielami oświaty czy rewolucjonistami, którzy marzą o sprawiedliwości społecznej.

A jednak równocześnie czujemy, że w duszy autora tkwi ziarno gorzkiego sceptycyzmu wobec Idei i współczucia (trochę z odcieniem wyższości) dla "młodzianków", udręczonych "snami o Wyspie Słońca". Gdybyśmy zaś mieli pod tym względem wątpliwości, możemy sięgnąć do innego utworu w zbiorze: do wiersza Rue Descartes, który zdaje się zawierać cechy wyznania zarówno najbardziej osobistego, jak pokoleniowego, a przy tym podobnie określa stosunek poety do "pięknych idei uniwersalnych". Czytamy w nim:

Schodziłem ku Sekwanie, młody barbarzyńca w podróży
Onieśmielony przybyciem do stolicy świata.
Było nas wielu, z Jass i Koloszwaru, Wilna i Bukaresztu, Sajgonu
/ i Marakesz,
Wstydliwie pamiętających domowe zwyczaje, 
O których nic należało mówić tu nikomu;
(...)
Zostawiłem za sobą pochmurne powiaty.
Wkraczałem w uniwersalne, podziwiając, pragnąc.
Następnie wielu z Jass i Koloszwaru albo Sajgonu i Marakesz
Było zabijanych ponieważ chcieli obalić domowe zwyczaje.
Następnie ich koledzy zdobywali władzę
Żeby zabijać w imię pięknych idei uniwersalnych.

Myślowa ambiwalencja wydaje się tu podobna co w wierszu Idea, a przekład jej na język poezji dokonany został również podobnym sposobem; czym w Idei był obraz myśliwskiej wyprawy, tym w Rue Descartes jest przeciwstawiony "ideom uniwersalnym" świat "domowych zwyczajów", a konkretnie - wspomnienie najcięższego grzechu dzieciństwa: zrzucenia - wbrew mitycznym starolitewskim zakazom - kamienia na zwiniętego w trawie węża. Starodawne obyczaje i normy etyczne - mówi poeta - są bowiem najważniejsze i bliższe ostatecznej prawdy od "pięknych idei uniwersalnych".

Mamy w zbiorze i inne świadectwa tego, że poezja jest dla Miłosza przede wszystkim mową obrazów, ostrością widzenia. "Jakby zamiast oczu wprawiono odwróconą lunetę, świat oddala się i wszystko, ludzie, drzewa, ulice, maleje. ale nic a nic nie traci na wyrazistości, zgęszcza się" - charakteryzuje on dyspozycję, którą określa jako "stan poetycki". Jakżeż pasuje ta charakterystyka do niektórych obrazów w jego wierszach, zwłaszcza gdy z okruchów wspomnień buduje syntetyczne pejzaże:

Tam nisko rozpadały się zamkowe sale,
Uliczki za katedrą, burdeliki, sklepy (...)

Ale ten krótki, syntetyczny obraz z wiersza Widok poprzedza o wiele dłuższe, sentencjonalne uzasadnienie potrzeby zabiegów stylizacyjnych:

Nic nie brakowało temu pejzażowi oprócz uświetnienia.
Rzeczownik z atrybutem i odmieniane słowo.
Niechby suto jaśniały dęby drogocenne
Kiedy panowie studenci ścieżką nad miastem w dolinie
Idą i "Hej radością oczy błysną" śpiewają.
Niechby choć Filon samotny w korze wycinał litery.

I właśnie ta cokolwiek barokowa introdukcja staje się jakby ramą, jakby ową odwróconą lunetą, w której zgęszcza się oddalony pejzaż. I jeszcze dalej rama obrazu, oprawa lunety:

Nic nie brakowało temu krajobrazowi oprócz uświetnienia,
Ale posłów nie było. Gęstwa, ciemne wąwozy,
Nad lasem zwieszał się las, kania kwiliła.
I kto by tutaj zdołał ufundować zdanie?
Widok był, nie wiadomo jaki, pewnie piękny.

I teraz dopiero pojawia się syntetyczny szkic oglądanego z okolicznych wzgórz Wilna:

Tam nisko rozpadały się zamkowe sale,
Uliczki za katedrą, burdeliki, sklepy.
A z ludzi nikogo. Więc skąd by poselstwo?
Po niewiadomych klęskach dziedziczyłem ziemię
Aż do brzegów morza, i nad ziemią, słońce.

Obraz jest jak gdyby ze snu, a koda wiersza - patetyczna, wprowadzająca akcent dystansu nie tylko przestrzennego, ale i czasowego, jeszcze bardziej podkreśla perspektywę oddalenia. To już nie tylko spojrzenie na miasto młodości, ale jakby na cały glob i po upływie całej epoki: nagłe odrealnienie pejzażu, przed chwilą tak konkretnego. Niejeden sekret oddziaływania poezji Miłosza zdaje się leżeć w tych nagłych zmianach perspektyw.

Mam wrażenie, że poprzez owe zmiany perspektyw i planów widzenia Miłosz dąży do uzmysłowienia nam często odczuwanej dziwności świata: dziwności istnienia własnego i chyba istnienia w ogóle. "W każdej minucie widowisko świata jest dla mnie na nowo zadziwiające i tak komiczne, że nie mogę zrozumieć, jak mogła chcieć temu podołać literatura" - czytamy w cytowanym już tekście Stan poetycki. Jednym z częstszych motywów owych zadziwień jest refleksja nad własnym losem, przeżywanie kontrastu między światem dzieciństwa i młodości a sytuacją aktualną, poczucie niezależności losu od własnej woli:

Nie wybierałem Kalifornii, Była mi dana.
Skąd mieszkańcowi północy do sprażonej pustki?
Szara glina, suche łożyska potoków,
Pagórki koloru słomy i gromady skał
Jak jurajskich jaszczurów: tym jest dla mnie
Dusza tych okolic.
I mgła wpełzająca na to z oceanu,
Która zalega zieleń w kotlinach
I dąb kolczasty i osty.

W przeciwstawieniu do ewokacji obrazów i zdarzeń z dzieciństwa, młodości i europejskich Wanderjahre , którą cechuje nieprzebrana rozmaitość motywów - topos sytuacji aktualnej poety odznacza się wyraźnie obrazową i nastrojową jednorodnością, nawet monotonią. Wciąż powtarza się w nim ten sam pejzaż kalifornijskich wzgórz nad oceanem, znad którego ciągną zimne mgły. Depresyjnie działa dezorientująca nieobecność pór roku:

Upalny październik, chłodny lipiec, w lutym kwitną drzewa.
Godowe loty kolibrów nie zwiastują wiosny

- czytamy w wierszu Czarodziejska Góra. Podobnie w innym pt. Czytając japońskiego poetę Issa:

Niewidoczny ocean
mgła do południa
rzęsistym deszczem kapiąca z gałęzi sekwoi,
syreny buczące w dole na zatoce (...)

Czasem te mgły znad oceanu pełnią swoistą funkcję odrealniającą: w wierszu Chagrin pobliski gmach wielkiego laboratorium wydaje się zawieszony w powietrzu. Od podobnego obrazu zaczyna się tanecznie-wizyjny i bukolicznie stylizowany liryk Filina, w którym ów obraz stanowi jakby inicjalny motyw melodii później całkowicie od niego odbiegającej, niczym - poza jakąś nieuchwytną, liryczną nutą - z owym początkiem nie związanej.

Ta baśniowo-kukiełkowa Filina, bliska krewna niektórych wierszy z Ocalenia (Kraina poezji. Piosenka pasterska), oto jeszcze jeden z owych strzelistych, choć bynajmniej nie uwznioślonych - przeciwnie, celowo jakby przechylonych w stronę plebejskiej, jarmarcznej aury lirycznej - aktów zachwytu poety dla darów życia: aktów, które w poezji jego wciąż występują na przemian z poczuciem winy i wewnętrznej skazy, skłaniającej do moralnych refleksji. Stąd - obok wierszy takich jak Filina, Podziw czy też z poprzedniego zbioru poety śliczny Dar - inne takie jak Upadek, Pokusa, Dowód czy Odstqp ode mnie, w których poeta rozmyśla nad znikomością życia, odpędza od siebie ciemne duchy i piekielne moce, bije się w piersi, może nie dosłownie swoje, może tylko "podmiotu lirycznego" (pamiętajmy, że Miłosz sam w swojej eseistyce często akcentował to rozróżnienie, wykładając założenia własnej poetyki). Przekonany o zasadniczym tragizmie ludzkiej egzystencji, za szczęśliwy zbieg okoliczności uważa żywot w porę zakończony, nie przygwożdżony dopustami losu (przypowieść pt. Udane życie). Wreszcie zamyka pełnię gorzkiej wiedzy o niedoskonałości istoty ludzkiej w wymownym liryku Do mojej natury:

Cicho leż, moja naturo,
Leż cicho, bo niedaleko.
Jużeśmy wody przebyli
Dzień się ku nocy chyli,
Żale za siódmą górą,
Skargi za siódmą rzeką
(...)
Sędzia i oskarżony,
Na twoje żarty zdany,
Nie miałem w tobie obrony
Bo chciałem być bez nagany.
W milczących podstępach biegła,
Do nienawiści skora
Kapryśna, chwiejna, wybredna,
Jakaż w tobie podpora?

Zgodnie bowiem z zasadami wyznawanej wiary, za podporę w życiu poeta uznaje nie ułomną naturę ludzką, lecz daną człowiekowi łaskę. Chwile szczęścia, radości czy zachwytu są darem tym cenniejszym, że ulotnym, niczym nie zasłużonym i nie należy na nie, broń Boże, liczyć. Stąd tonacja takich wierszy w zbiorze jak Piosenka, nie do młodzieńczego katastrofizmu Żagarystów nawiązująca, ale raczej do Norwidowej Mojej piosenki (Źle, źle zawsze i wszędzie...):

Jakakolwiek jest boleść, będzie więcej boleści.
Noc jest czarna, ale będzie czarniejsza.
Dobrze takim co żyli ale w porę odeszli.
Ty więc nie bierz spraw ludzkich do serca.
Los był prosty, ale będzie krzywy.
Czysta woda zostanie zatruta.
Kto jest mądry będzie nieszczęśliwy,
A głupiemu szczęście jak pokuta.
Gwiazda wzejdzie i zaraz przeminie.
Na czekaniu puste lata zbiegną.
Co upadło zetleje w ruinie.
I goryczą będzie ziemskie piękno.

Wiersze z tomu Hymn o perle powstały między rokiem 1975 a 1980, a więc jeszcze przed otrzymaniem przez Miłosza Nagrody Nobla. Czy ma to jakieś znaczenie, gdy chodzi o wyrażane przez poetę nastroje, o ogólną aurę zbioru? Chwilami ma się wrażenie, że na ich tonację wpływało w jakiś sposób poczucie osamotnienia, istnienia w pustce, "pisania dla niego", czemu Miłosz już w poprzednich zbiorach dawał niekiedy wyraz:

Więc nie dostanę potęgi, nie uratuję Świata?
I sława mnie ominie, ni tiary ni korony?
Czyż na to ćwiczyłem siebie, Jedynego,
Żeby układać strofy dla mew i mgieł od morza,
Słuchać, jak buczą nisko okrętowe syreny?

- czytamy w wierszu Czarodziejska Góra. Ale granica pomiędzy historyczno-biograficznymi a metafizycznymi uwarunkowaniami takich odczuć zbyt często bywa u Miłosza płynna, a nawet świadomie zacierana, byśmy mogli przypuszczać, że życiowy sukces i jego praktyczne konsekwencje muszą rzutować na uniwersalne elementy jego postawy, na wymiar jego pesymizmu filozoficznego.

Większość zebranych w zbiorze wierszy i poematów stanowi zresztą, w moim odczuciu, konsekwentną kontynuację tej drogi artystycznej, jaką prezentował poprzedni dorobek poety. "Dążenie do formy bardziej pojemnej, która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą", sformułowane kilka lat wcześniej w wierszu Ars poetica? - zaznacza się i w obecnym zbiorze, m. in. w kilku poematach z cyklu Osobny zeszyt, wielkiej niekiedy urody, zwłaszcza w partiach zawierających reminiscencje z dzieciństwa i czasów młodzieńczych (Kartki dotyczące lat niepodległości, Gwiazda Piołun). Mniej znajduję w sobie zdolności do zachwytu utworami, których impulsem bywa imponująca erudycja Miłosza i jego fascynacje poezją obcą: obojętny pozostaję np. wobec tytułowego Hymnu o perle, przeróbki starożytnego apokryfu i wobec hinduskich aforyzmów Kabira, spolszczonych przez poetę na podstawie ich dwu angielskich wersji. Mogę zresztą domyślać się, co Miłosza urzekło w takiej np. sentencji Kabira: "Jak nigdy nie znajdziesz lasu jeżeli nie poznajesz drzewa, tak Jego nigdy nie znajdziesz w abstrakcjach". Sentencja ta koresponduje przecież dość wyraźnie z tym, co było treścią przeprowadzonych wyżej analiz. Mimo wszystko jednak wolę Miłosza jako oryginalnego poetę niż jako tłumacza: nawet tłumacza Biblii, choć jest on z pewnością jej tłumaczem doskonałym. Wolę odnajdować te same prawdy w wersjach, które poecie podsuwa jego własna, wspaniała wyobraźnia.