Życie spowite snem

 

ŁUKASZ TISCHNER

Kiedy czytałem kolejne wiersze z najnowszego tomu Czesława Miłosza, "stanął mi w głowie" i nie chciał się "ruszyć ani w prawo, ani w lewo" tytuł zbioru innego Poety - Epilog burzy. Stał i stał, więc zacząłem się zastanawiać, skąd te nieoczekiwane odwiedziny. Nie zadziałał tu automatyzm skojarzenia - sędziwi mędrcy rozpamiętują swój los, zamykają rachunki, mierzą się ze śmiercią - bo przecież inaczej niż autor Epilogu... Miłosz już od lat 70. spisywał swe Confessiones. Może to dialog, jaki w tomikach prowadzą ze sobą Poeci, przyniósł ze sobą natrętnego gościa? Słowa Herberta z Brewiarza o przeprosinach i zadośćuczynieniu zapewne odnoszą się także do pojednania między przyjaciółmi. Bez wątpienia fraza "W mieście kresowym do którego nie wrócę / jest taki skrzydlaty kamień lekki i ogromny..." z Miasta jest echem W mojej ojczyźnie Miłosza. W To z kolei Herbert przywoływany jest bezpośrednio - w O poezji, z powodu telefonów po śmierci Herberta (słychać tu echa Epilogu...) i - jak można się domyślać - w Na śmierć poety. A jednak nie do Herberta jedynie kierują się moje myśli, bo za tytułem jego pożegnalnego tomiku kryje się oczywista aluzja i to ona prowadzi na trop wiodący do To. Słowa, które "stanęły mi w głowie", należałoby zapisać inaczej: epilog Burzy.

Dlaczego Szekspir i finałowy monolog Prospera? Przynajmniej z dwóch - ściśle ze sobą związanych - powodów. W ostatnim tomiku Miłosz - niczym Szekspirowski Mędrzec - zdejmuje przebranie maga/sztukmistrza i wprost przyznaje się do bezsilności w obliczu "diabelskości świata": "moje ekstatyczne pochwały istnienia / Mogły być tylko ćwiczeniami wysokiego stylu..." (To), "powtarzam jak inni słowa politycznie poprawne, / bo nic nie upoważnia mnie / do wyjawiania rzeczy zbyt okrutnych dla ludzkiego serca" (Przemilczane strefy). Równocześnie jednak - także w ślad za Prosperem - powątpiewa w realność tego świata: "nie jestem stąd" (Gdziekolwiek), "Biografia, czyli zmyślenie albo wielki sen. (...) / Na krótko byłem sługą i wędrowcem. / Odpuszczony, wracam drogą niebyłą" (Post scriptum w Do leszczyny).

Bezsilność wiedzie ku biegunowi rozpaczy, poczucie nierzeczywistości otwiera na nadzieję, czy też posługując się słowami Mirandy - na wolny od bólu i nikczemności "nowy wspaniały świat". To właśnie dramatyczne napięcie między (aż nadto rzeczywistą) stroną rozpaczy i (niezbyt wiarygodną) stroną nadziei - między mrocznością otwierającego tomik wiersza tytułowego i świetlistością finałowych Jasności promienistych - odróżnia najmocniej To od wcześniejszych zbiorków Miłosza.

Zacznijmy od bieguna rozpaczy - od "muru, który nie ustąpi żadnym naszym błaganiom" (To). Miłosz bodaj po raz pierwszy wyraźnie przyznaje się, że czuł tak silne jego przyciąganie: "ludzie, okłamywałem was / Mówiąc, że tego we mnie nie ma, / Kiedy TO jest tam ciągle, we dnie i w nocy (...) TO jest podobne (...) do chwili, kiedy osaczony Żyd widzi zbliżające się / ciężkie kaski niemieckich żandarmów". Wyjaśniam od razu, że pamiętam, iż diabelskie siarki od zawsze drażniły wyczulony na nie nos Miłosza, a zgoła nieteoretyczne pytanie: skąd zło? było zapewne najważniejszym, jakie wciąż ponawiał w swojej twórczości. Dedykowane Różewiczowi Unde malum powtarza właściwie racje wyłożone przed kilku laty w Do Pani Profesor w obronie kota i nie tylko - skoro zło bierze się wyłącznie z człowieka, to co począć z kotem bawiącym się półżywym kretem? Czy jest niewinny? Okrucieństwo wpisane jest w porządek natury (pożerającej i pożeranej), choć rzeczywiście jedynie człowiek dopatruje się w tym skandalu.

Jednak nie o zło samo tu chodzi, lecz o to, czy jego rozpoznanie pozostawia miejsce na najgłębszą metafizyczną nadzieję. Miłosz przeformułowuje swe obsesyjne pytanie; tym razem zdaje się dociekać - skąd dobro?, a w konsekwencji - skąd nadzieja? O czym mówi ta zmiana? Chyba o tym, że pogłębił się (albo po prostu znalazł swe ujście) jego pesymizm, który jednak - paradoksalnie - może się okazać sprzymierzeńcem "wiecznego i boskiego zdziwienia" (Na moje 88 urodziny), budzącego jak w Hymnie o perle pragnienie (pamięć?) innego świata. Pokusa rozpaczy jest najważniejszym tematem To.

Rozpacz czai się za każdym rogiem. Podkrada się, by zaatakować znienacka. Ma wiele imion, choć najbliższa jest grzechowi acedii, bo w perspektywie religijnej ujmuje ją Miłosz. Właśnie dlatego przybiera równocześnie dwa oblicza - manichejskiej niewiary w dobroć Stworzenia (ból i udręka wszystkich istot żyjących, okrucieństwo śmierci) i silnego poczucia własnej grzeszności (rany pamięci, winy). W konsekwencji narusza więź z "Panem poratowań i sprawcą wyjątku" (Jeden i wiele), który cierpiącemu nie przynosi ani ukojenia, ani odpuszczenia win.

Miłosz jednak pozostaje wierny swojej maksymie z Ars poetica? - "wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie, / (...) tylko z nadzieją, / że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument". Rozpacz podmywa ląd, ale Poeta nie przyznaje jej prawa obywatelstwa w swoim królestwie. Lekiem na "żmiję winy" staje się współczucie - udzielanie innym gościny w sercu, które wyrywa z więzienia ego (Mój dziadek Zygmunt Kunat, Wy, pokonani, Rok 1900...). Bronią przeciwko rozpaczy metafizycznej staje się wyobraźnia, która - jak nauczał Blake - ma moc wynoszenia człowieka ze stanu upadku, otwierania na nową rzeczywistość. Jej sprzymierzeńcem czy nawet kluczem do niej jest sztuka.

Dlatego właśnie refleksja nad prawidłami tej ostatniej okazuje się kostiumem najgłębszego egzystencjalnego dramatu. Miłosz zawsze pogardzał "obrzydliwością rytmicznej mowy, która sama siebie obrządza" (Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada), tym razem jednak pozwala sobie na poetycki autokomentarz, bo nie na manowce wysublimowanego narcyzmu on wiedzie, lecz właśnie w regiony metafizyki: "Żyć nauczyłem się z moją rozpaczą. / A tu przychodzi ktoś, kto, nieproszony, / Wierszem wylicza powody rozpaczy. / Czy mam dziękować? Nie bardzo jest za co. / Skoro świadomość różne ma poziomy, / Na niższy spycha mnie, kto śmiercią straszy. // Ja też pamiętam, żałobny Larkinie, / Że śmierć nikogo z żywych nie ominie, / Nie jest to jednak temat odpowiedni / Ani dla ody, ani dla elegii" (Przeciwko poezji Filipa Larkina; podobną myśl odnajdziemy w To jasne); "W czarnej rozpaczy i w szarym zwątpieniu / Składałem wierszem hołd Niepojętemu / Udając radość, chociaż jej zabrakło, / Bo mnożyć skargi byłoby za łatwo. // Co odpowiedzieć, kiedy ktoś zapyta: / Dzielny był to człowiek - czy też hipokryta?" (W czarnej rozpaczy).

W sukurs poetycko-czarodziejskim zaklęciom idzie humor (Przeciwko... i W czarnej... to najwyraźniej fraszki) i chłopięca przekora (ta ostatnia, która od zawsze gości w twórczości Miłosza, z wiekiem najwyraźniej się pogłębia). Kraina sztuki przypomina ostatecznie podwodne królestwo Prospera (przypominającego króla Maciusia I), którym rządzą prawa iluzji i nadziei. O iluzji czytamy w przejmującym Zdziechowskim: "A nie umiem zapomnieć jego, filozofa rozpaczy, (...) Długo trwała moja nauka powściągania siebie. // Bardziej od ciebie przebiegły, poznawałem moje stulecie, udając, / że znam sposób i zapominam o bólu". O iluzji jako grze mowa jest także w Bakowskich z ducha Daemones, w których tak oto odpierane są zarzuty Oskarżyciela: "Forma mnie zawsze pęta, / Gra wcześnie zaczęta, / Czy lepszy byłem, czy gorszy, / Na grze mój żywot się skończy, / I z całą moją odwagą / Nie umiem wystąpić nago, / Rymy i rytmy odrzucić, / Do samej esencji wrócić. (...) Bronię się zamawianiem, jakby modlitwą. / Zamiast spowiedzi, w nocy układam strofy". Czyżby zatem "mistrz pokonanej rozpaczy" (Sztukmistrz) ratował swe królestwo za cenę szalbierstwa - czyżby okazał się jedynie zręcznym iluzjonistą? W takim razie "jasności promieniste" (zapewne zaczerpnięte z wersu kolędy: "Ciemna noc w jasności promienistej brodzi") i "niebiańskie rosy czyste" byłyby jedynie poetyckimi zaklęciami, wprawiającymi słabych ("religię uznałem za dobrą dla słabych, jak ja" - Modlitwa) w stan zbiorowej hipnozy. Gdzież zatem kryje się ocalenie?

Przekornie należałoby odpowiedzieć - ocalenie kryje się właśnie w iluzji. Ale w iluzji, która wyzwala inny sposób widzenia i przemienia ducha. Pora przyjrzeć się bliżej biegunowi iluzji / nadziei. Paradoksalnie, otwiera na niego gorzki namysł nad przemijaniem - "heraklitejska zaduma". A powodów do niej niemało. Choćby rzeczywista podróż do Szetejn, krainy dzieciństwa - w Do leszczyny. Wyprawa ta jest swego rodzaju pars pro toto motywu przewijającego się przez cały tomik: spotkania starca z chłopcem, nazwanego "sobą minionym". Co z tego spotkania wynika?

Nic nie trwa, ale trwa wszystko: ogromna stałość.
I próbuję w niej umieścić moje przeznaczenie,
Którego tak naprawdę, przyjąć nie chciałem.
Byłem szczęśliwy z moim łukiem, skradając się brzegiem baśni.
Co stało się ze mną później, zasługuje na wzruszenie ramion
I jest tylko biografią, to znaczy zmyśleniem.

To właśnie pod jego wpływem odwrócone zostają relacje między rzeczywistością i iluzją. Zauważmy - między zamkniętą w baśni genialną epoką dzieciństwa i ogołoceniem lat starości ("Ocknąłem się nagi na skraju cywilizacji, / która wydała mi się komiczna i niepojęta" - Po; "Starzec w oknie, który widział wiele miast, / Niemalże wyzwolony, śmieje się / I donikąd wracać nie zamierza" - Zanurzeni) rozpościera się "biografia, czyli zmyślenie albo wielki sen". To, co pomiędzy, nazywane też bywa "tak zwanym życiem", "operą mydlaną miłości, nienawiści, pokus i zdrad", "komicznym widowiskiem", "mitologią", "teatrem marionetek", "zamknięciem w łupinie orzecha". Ostatecznie zatem to "baśń" wyniesiona jest ponad "tak zwane życie" - "baśń", która w Ogrodniku (jednym z najpiękniejszych wierszy zbiorku) staje się figurą stanu niewinności:

Nieszczęsne moje dzieci, jaka długa droga,
Nim zrujnowany ogród zakwitnie od nowa,
 
I lipową aleją wrócicie przed ganek,
Gdzie na rabatkach pachną szałwia i tymianek.
 
I czy było koniecznie nurzać się w otchłani,
Systemata układać, zamiast mieszkać w baśni,
 
Nad którą nieustanna moja opieka?
Bo prawdę mówi Pismo, że mam twarz człowieka.

Możemy tę deklarację uznać za przejaw niefrasobliwej przekory, ale ja dopatrywałbym się w niej najgłębszej metafizycznej tęsknoty. To właśnie w "baśni" czy jasełkowym blasku (Jasności promieniste) kryje się nadzieja na sens "za niedosiężną zasłoną" - na to, że fikcja (literacka czyli... egzystencjalna) okaże się kiedyś spełnioną wróżbą niewinności. "Niejednoznaczność" i prowokacyjna prostoduszność Miłosza, który zdaje się szukać schronienia w klechdach, ujawniają przepaść między doświadczeniem nieuleczalnej "straszności tego świata" (o owej nieuleczalności dobitnie mówią Modlitwa i Alkoholik wstępuje w bramę niebios) a wizją nowej ziemi i nowego nieba. Jak Miłosz godzi ze sobą te dwa stany ducha?

Pora w tym miejscu znów wrócić do Burzy, w której - co znakomicie dostrzegł Northrop Frye - dokonuje się zdumiewające wzajemne podstawienie iluzji i rzeczywistości. Co bowiem jest najgłębszą treścią dramatu? Prospero zwabia do swego królestwa ludzi żyjących w rzeczywistości tak upadłej, że jest "formą iluzji, zanurza ich w innym rodzaju iluzji, którą współtworzą halucynacje i nadziemskie duchy i odsyła ich do domu na znacznie wyższym poziomie rzeczywistości"1 . W istocie Szekspirowski Mędrzec pokazuje, że to, co nazywamy rzeczywistością, wcześniej czy później okaże się znów złudzeniem: "Jesteśmy surowcem, / Z którego sny się wyrabia, a życie / To chwila jawy między dwoma snami" (Burza, IV, 1, tłum. S. Barańczak). Także finałowy "nowy wspaniały świat" można nazwać za Prosperem kolejną iluzją, tym razem żywioną przez mieszkającą w baśni Mirandę. Ale jej złudzenie jest innego rodzaju - przybiera kształt wizji niewinności, "epifanii, kiedy to rzeczy, jakie powinny być, ukazują się w trakcie tego, jakimi są"2 . Wówczas to w jednym błysku odżywa pamięć o stanie sprzed upadku, kiedy ludzi, zwierzęta i rośliny łączyła więź trwałej jedności.

Taka właśnie - spowita snem - zdaje się nadzieja Miłosza, która żywi się nie czym innym, lecz pesymizmem - zgodą na wszędobylstwo złudzeń. Stary Mędrzec i sztukmistrz w jednej osobie podaje sobie rękę z niewinnym "sobą minionym". Trawionego przez "TO" ratuje wyczarowane mocą księgi i laski piękno jasności promienistych. Miłosz przepowiadał kiedyś: "Może tylko podziw uratuje mnie". Wróżba się spełnia: "Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie" (Na moje 88 urodziny), które odmienia wzrok i serce. Ocalony, bo ujrzał świat jako baśń.

A jednak próżno szukalibyśmy w najnowszym tomiku Miłosza happy endu. Jak pamiętamy, epilog Burzy (podobnie jak Epilog burzy) zamiast konwencjonalnego komediowego zakończenia przynosi zagadkę. Prospero, przekłuwszy mydlane bańki kolejnych iluzji, wyrzeka się swej Sztuki i kieruje do publiczności tajemnicze słowa: "Więc rzecz zakończę tę w rozpaczy, / Jeśli modlitwy waszej mocą / Nie przybędziecie mi z pomocą; / Gdyż ona, przewyższając litość, / Rozgrzesza każdą pospolitość" (tłum. M. Słomczyński). Zatem tylko modlitwa może rozproszyć mrok złudzeń i uwolnić od udręki sumienia. To ona jest rękojmią prawdziwych cudów - "magii". Bez niej "nowy wspaniały świat" byłby jedynie mrzonką naiwnej gęsi. Nie człowiek bowiem trzyma klucz do baśni. Czy nie podobny morał wypływa z To, w którym czytamy: "Oto ja modlę się do Ciebie, ponieważ nie modlić się nie umiem" (Alkoholik wstępuje w bramę niebios)?


 1 N. Frye, The Double Mirror, w: Myth and Metaphor. Selected Essays 1974-1988, University Press of Virginia, Charlottesville and London 1990, s. 234.

2 N. Frye, Words with Power. Being a Second Study of "The Bible and Literature", Harcourt Brace Jovanovich, San Diego-London 1990, s. 86.