Muzyka późnych lat

 

JAN BŁOŃSKI

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej (która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą" - napisał kiedyś Miłosz (W II 174) *1 A dlaczego? Bo "w samej istocie poezji, jest coś nieprzystojnego" i naraża ona czytelników na "męki wyższego rzędu"... Inaczej, droczy swoją odświętnością, kapłańską pozą, która każe słuchaczom padać przed wieszczem na kolana. To samo zarzucał poetom Gombrowicz: w miarę rozwoju współczesnej liryki "nieokiełznane niczym Piękno stawało się coraz Piękniejsze, Głębia coraz Głębsza, Szlachetność coraz Szlachetniejsza, Czystość coraz Czystsza"... aż przestała ludzi obchodzić. O dziwo, Miłosz, choć sam poeta, przyznawał Gombrowiczowi rację. Bo nadymając się i strojąc w ceremonialne szaty, czyli mówiąc szczególnym, trudno zrozumiałym "językiem w języku" - poeci zapominali, że z wierszy wycieka im rzeczywistość i że mówią nie tyle sobie a Muzom, ile sobie i kolegom po piórze. Powinni więc stać się skromniejsi i swoimi obrządkami nie zniechęcać czytelników... W tych trochę żartobliwych przekomarzaniach skrywał się ważny problem: pytanie o sens i sposób istnienia poezji (a może nawet sztuki) we współczesnej komunikacji literackiej. Jeżeli poezja chce wszystkim - nie tylko poetom - powiedzieć coś ważnego, czy nie powinna sama siebie zakwestionować? Zmienić własne określenie, zrezygnować z przywileju mowy wyższej, odświętnej i odrębnej. Czyli nie być zanadto poezją, zanadto prozą... Ale jeśli tak, czy pozostanie piękna? Czy ma piękno porzucić? Czy też szukać go gdzie indziej? Może słowo "poezja" oznaczać winno co innego niż dzisiaj? Czy musi określać rodzaj wypowiedzi, odmianę języka? Holderlin pisał, że człowiek winien mieszkać na ziemi "poetycznie". Czy takie znaczenia poezji, poetyczności możliwe są dziś i w przyszłości?

Problem dostrzegł może najlepiej Ryszard Nycz *2. Powiada on tak: Miłosz dąży do zatarcia granic gatunków literackich (a więc także granic poezji) na rzecz dzieła, które byłoby duchowym pamiętnikiem, "biografią idei" a także "biografią" w etymologicznym znaczeniu, czyli takim wysłowieniem, w którym zawarte byłoby doświadczenie ciała *3. Na rzecz "dzieła, które samo ustanawia swoje granice, które samo wyjaśnia się stopniowo i samoorganizuje w toku swego rozwoju. Biografii, która łączy (...) dziedziny refleksji, domeny mowy. Idei czy też nadsensu, który dlatego właśnie, że przemożny i uniwersalny, nie dochodzi nigdy do pełnego urzeczywistnienia, odsłaniając wszelako w miarę swego wyjawienia wspólnotę rozumienia jako horyzont człowieczego doświadczenia świata". To zaś, że Miłosz coraz częściej wtrąca do liryki komentarze, cytaty, zapiski kronikarskie... stanowi jakby zewnętrzny znak takiego rozumienia zadań poezji i zadań poety, czyli własnych.

Trudne do zrozumienia? Nie bardzo. Dość popatrzeć na ostatni tomik wierszy Miłosza. Aż wstyd, że nic o nim przez rok nie napisano ani w kraju ani za granicą... Składa się on z sześciu cyklów zatytułowanych: Ogród Ziemskich Rozkoszy, Niewyrażone, Nieobjęta ziemia, Świadomość, Ja, On, Ona, Stół. W każdym znajduje się niewiele wierszy, jeśli oczywiście wiersz musi być rozbity na wersy... Sporo natomiast krótkich notatek-rozważań, epigrafów, czyli wyimków z Pascala, Goethego, Oskara Miłosza, Swedenborga. Ale także z Simone Weil, francuskiego filozofa Le Senne, a nawet listów Czapskiego czy Jeanne Hersch... Jest przypowieść Sołowiowa. Także przytoczenia z pamiętników Casanovy i pism Paula Valéry, którego skądinąd Miłosz nie cierpi. Sporo mott, odnośników, przypisków. A także piękne przekłady, głównie z D. H. Lawrance'a i Walta Whitmana. Słowem, książka-udręka dla bibliografa, bo jak choćby spis treści zestawić? Ale dla czytelnika przyjemność, bo czyta się łatwo i jeśli się przystaje, to z podziwu tylko, że ta "muzyka moich późnych lat", jak powiada Miłosz, nie rozsypuje się w bezładną brzdąkaninę.

Albowiem się nie rozsypuje i we wskazaniu jej jedności widzę właściwe zadanie krytyka. Przestrzegłbym jednak najpierw niewczesnych naśladowców Miłosza... Nic trudniejszego niż z tak drobnych kamyczków ułożyć piękną mozaikę. Poety nie wspiera bowiem to, w czym pisarz - choćby się nie wiem jak buntował - znajduje najrzetelniejszą pomoc w budowaniu formy, mianowicie tradycja literacka, reguły decorum , stylu, gatunku. A Miłosz formę ceni wysoko, gniewa się nawet na "bluszczowatość" polskiego języka, na brak "zmysłu formy" u staropolskich autorów, ba, zastanawia się, czy nie mógł on być przyczyną (nie - skutkiem!) upadku kraju... Jak przypomina Nycz, takie książki nazywano kiedyś sylwami, silva rerum. Znali je Gelliusz, Cycero, Kwintylian. Ale obawiam się, że niewiele nam ci dostojni mężowie pomogą. Bo silva znaczy las, budulec, żywioł, w literaturze zaś cechuje ją - z definicji - różnorodność, varietas , czyli wielość, różność i niewspółmierność, a jeśli uszeregowanie, to otwarte w (teoretyczną) nieskończoność... Jedności Nieobjętej ziemi musimy szukać nie tyle gdzie indziej, ile inaczej. Poeta nie daje nam wyraźnych wskazówek, gdzie. Powiada tylko, że w zwyczaju składania wierszy z paru lat w książki - nie ma "nic oczywistego. Bo przecie dany sługa Muz był w tym okresie zajęty nie tylko tworzeniem idealnych przedmiotów, jakie otrzymują nazwę poezji. Żył wśród ludzi, czuł, myślał, zapoznawał się z myślami innych (...) We wszystkim, co wtedy pisał, dałoby się odgadnąć tę samą dążność i tę samą tonację" (NZ 7). Zapewne, ale każdy dobry artysta pozwala się rozpoznać po własnej dążności i tonacji...

Spójrzmy zatem na cykl tytułowy. "W mojej świadomości - czytamy - przebywa cała nasza okrągła Ziemia..." Więc wszystko, wszystkie imperia, uniwersalne państwa istnieją we mnie jednocześnie? Ale już nie - bór w Kiejdziach, którego nigdy nie poznałem... (a) *4. Mogę zobaczyć siebie, jak w roku 1913 jadę do Wenecji, miasta zapomnienia, po drodze zaś w bufecie kolejowym w Grodnie, jem kolację z moim pachciarzem Joselem... Ale również siebie dzisiaj, kiedy z wnukiem Josela piję kawę na piazza San Marco... Jestem tożsamy i nietożsamy, bo nie przestaję odczuwać zdziwienia (b). Patrząc na zdjęcia z Krasnogrudy, mam "doznanie każdego szczegółu tak ostre (...) jakbym znów wiosłował nakierowując łódź na olszyny cypla" (a). Więc trwałość zawdzięczam pamięci? Nie, bo właśnie wtedy, kiedy cały zmieniam się w spojrzenie, kiedy tylko i wyłącznie patrzę - mosty nad Sekwaną albo obiad w korsykańskiej oberży zastygają w wieczność (b). Takie patrzenie byłoby warunkiem poezji, dzieła, "w którym moje stulecie zjawi się jak było". Ależ nie, bo jest jeszcze historia, są inni, "wieże strażnicze i druty obozu" (b). Zresztą, "ostateczne rozwiązanie", miasto, gdzie wszyscy są szczęśliwi, budzi tylko pragnienie, "niech już najprędzej pierwsze bomby spadną" (b). Więc "jak można tak żyć na powierzchni, udając, że nie czuje się grozy" (a). Rabbi Levi w Midrasz przypomina, że nie można mieć jednocześnie świata i sprawiedliwości (c). Czy Bóg może zlitować się nad planetą? Nie, nasz wiek, pisze Jeanne Hersch, jest "jakby olbrzymim rozkładem, równoczesnym i współzależnym" (c). Ale przychodzi także list z Warszawy, w którym stara kobieta, co przeżyła dwie wojny i dziesiątki nieszczęść, mówi, że nie mogła "mieć lepszego życia niż to, jakie miałam" (c). Simone Weil twierdzi, że jedyne co wolno kochać to możliwość nieszczęścia (c). Ale ona była w opozycji do zachodnich intelektualistów, postępowych i umysłowo wyzwolonych (a). Ludzi "niedo-prawdy i niedo-sztuki" (b). A Polska? Co Polska może im przeciwstawić? Swój niedowład formy? Swoje "nieszczęsne mitologie" (a)?

Jakież niemądre to moje streszczenie... Przypuszczam, że zgorszy Miłosza, jeśli je przeczyta. A więc nie wolno streszczać? A może nie należy czytać linearnie, po kolei? Owszem, należy, bo inaczej właściwie nie umiemy, ale - jeśli tak wolno powiedzieć - w duchu równoczesności. Powiedzmy, że poeta chce powiedzieć wszystko, wszystko czego doznał, co spamiętał, co pojawić się może w jego świadomości. Dlaczego wszystko? Bo świat jest - w najgłębszym znaczeniu - i dobry, i piękny, ens et pulchrum convertuntur, spokrewnione są piękno i byt. Zapomnieć o czymkolwiek byłoby przyznać, że stworzenie jest ułomne. Ale dążyć do wypowiedzenia wszystkiego to mniemać, że poeta jest równy Bogu, co byłoby jawnym i grzesznym szaleństwem. Pozostaje takie rozwiązanie: prócz "materiału" (wszystkiego czym rozporządza) dane zostały poecie rozmaite modusy czy tonacje, zazwyczaj ustawione opozycyjnie, jak na przykład trwałość - nieobecność, pamięć - wyobraźnia, historia - natura, dobroć - sprawiedliwość Boga, proza - poezja, ja - inni... i tak dalej, jednak nie bez końca, boć przecie jest tylko człowiekiem. I teraz to, czego doświadczył, przeprowadza przez te rozmaite tonacje, na przykład wspomnienia z dzieciństwa - pod znak pamięci, natury, trwałości, albo też wyobraźni, historii, prozy... Co więcej, także owe "tonacje" spotykają się w coraz to nowych układach, wzajemnie zabarwiają czy oświetlają. Powstają tak związki trwałość - pamięć, trwałość - wyobraźnia, trwałość - pokora, trwałość - poezja itd. I tak buduje się panorama całości, albo raczej mikrokosmos dzieła, łudząco podobny do makrokosmosu doświadczenia... Jest w tej praktyce coś z zabawy kalejdoskopem: oczywiście że ilość przekształceń jest ograniczona, ciąg zdaje się jednak otwarty, ponieważ właściwy jest tylko jednemu poecie.

Jeżeli więc Nieobjęta ziemia jest istotnie sylwą, to nie znaczy, że pozbawiona jest jedności, czyli reguł wyboru. Ale te reguły nie są stricte sensu literackie, nie odnoszą się do stylu czy gatunku. Co powiem teraz, zabrzmi trochę paradoksalnie. Do czego się bowiem te reguły w końcu sprowadzają? Twoja poezja - zdaje się mówić Miłosz sobie i braciom po piórze - będzie dobra, jeżeli będzie prawdziwa. A prawdziwa znaczy uczciwa. Zgodna z twoim doświadczeniem myśli, doświadczeniem ciała. l także zgodna z owym "nadsensem", który "odsłania wspólnotę rozumienia jako horyzont człowieczego doświadczenia świata". Zapewne nie różni się on wiele od sensu twego istnienia, ujętego w jego całkowitości. Twego istnienia w kosmosie i wśród ludzi. Nigdy go do końca nie przenikniesz. Będzie ci zawsze umykać. Odczuwasz go najwyżej w momentach epifanii, objawienia: ogarnia cię wtedy na chwilę przeświadczenie, że sięgnąłeś prawdy bytu, że rozpoznałeś ten byt w pięknie i prawdzie jednocześnie *5. Czujesz się wtedy usprawiedliwiony, ponieważ - o ile to możliwe - rozpoznajesz świat jako dzieło Boga... we "wspólnocie rozumienia", którą dzielisz z ludźmi. Jednak to chwila tylko i nie byłbyś w prawdzie, gdybyś nie pokazał także, że jest ona bardziej przeczuciem niż spełnieniem. Wypełniasz jednak swój obowiązek, albowiem naprawdę poeci piszą "przez całe życie jeden nieosiągalny, nigdy nie zrealizowany wiersz" (ZU 160).

Twoja wygrana albo przegrana będzie zatem nie tylko estetyczna, także moralna... Tym piękniejsza będzie twoja poezja, im będziesz lepszy. To samo mówił kiedyś Mickiewicz. Spostrzeżono dawno, że poetycki los Miłosza powtarza jakby Mickiewiczowski, czasem nawet w biograficznych szczegółach, jak droga Manna powtarzała - na pół świadomie? - szlak Goethego. Ale Mickiewicz, jak wiadomo, zamilkł, ponieważ nie mógł uzgodnić czynu ze słowem. Miłosz jest skromniejszy, zdaje się myśleć, że takie uzgodnienie jest niemożliwe. Możliwe jest natomiast uzgodnienie wszystkich odmian wypowiedzi (a zatem, w granicy, wszystkich odmian doświadczenia) w dziele poetyckim. Jednak "poezja" będzie wtedy czymś innym, niż zwykle mniemamy, nie będzie mową wyższą, ale mową totalną, która - niczym pszczoła - zbiera prawdę wszędzie, gdzie zabłysnęła, w wierszu i prozie, u siebie i u innych, w literaturze, filozofii, liście czy rozmowie. Byle tylko prawdę zbierała... Prawdę jednostkową zapewne, bo przecie jesteśmy ułomni, rozdzieleni; ale istnieje na pewno - gdzieś na horyzoncie - punkt, w którym odsłania się innym. Może jest on tam, gdzie "na lewą stronę odwrócony świat" i gdzie spacerują aniołowie, "oglądając prawdomówne ściegi" (W II 214)?

Jak myślę, takie jest - albo raczej, w dobrych chwilach, bywa... - przeświadczenie Miłosza. Jego rozumienie poezji nie jest jednak, wbrew pozorom, samotne. Bo przecież myśl, że praktyka poetycka ma w istocie fundament etyczny, że jest od doświadczenia moralnego nieodłączna... - zaznacza się coraz wyraźniej w młodszej polskiej poezji. I łączy się z poetyką, w której rozeznać można analogie do Miłoszowej. Tak na przykład zaciera się granica między liryką a aforyzmem (Krynicki), wiersz skupia się wokół momentu zachwytu, ostrzejszego widzenia świata (Maj), przytoczenie włącza się naturalnie w mowę poetycką (Polkowski). Głównymi figurami stają się coraz częściej elipsa i aluzja, bo poeci unikają słów skażonych społecznym użyciem, ważąc niejako każde na szalach uczciwości. Zarazem jednak będą to także słowa zwykłe, sprawdzone w ludzkiej codzienności, w moralnym doświadczeniu wspólnoty... Zadaniem poezji okazuje się więc nie tworzenie języka w języku, ale wybór określeń, którym można zaufać, ponieważ są prawdziwe. A wiadomo, że właśnie wybór jest głównym problemem Miłosza jako autora owych silvae rerum, za jakie uznać można Osobny zeszyt czy Nieobjętą ziemię.

Gdzie zmierza najmłodsza poezja trudno jeszcze dziś powiedzieć. To wszakże pewne, że towarzyszy ona Miłoszowi bliżej i ściślej, niż mogłoby się zdawać pośpiesznemu czytelnikowi. Przepisuję już więc tylko wiersz, gdzie - jak sądzę - wypowiada powołanie poety (czy artysty) najpełniej i najbardziej przejmująco:

Poznanie dobra i zła
 
Poznanie dobra i zła jest nam dane w samym biegu krwi.
W tuleniu się dziecka do matki, bo w niej bezpieczeństwo
/ i ciepło.
W strachach nocnych, kiedy byliśmy mali, w lęku przed kłami
/ zwierząt i ciemnym pokojem,
W młodzieńczych zakochaniach, kiedy spełnia się dziecinna
/ lubość.
 
I czyż tak skromne początki obrócimy przeciwko idei?
Czy raczej powiemy, że dobro jest po stronie żywych,
A zło po stronie zagłady, która czyha, żeby nas pożreć?
Tak, dobro jest spokrewnione z bytem, a lustrem zła jest niebyt.
 
I dobro jest jasność, zło ciemność, dobro jest wysokość, zło,
/ niskość,
Wedle przyrody ciał naszych, naszego języka.
 
Podobnie z pięknem. Istnieć nie ma prawa.
Nie tylko żadnej w nim racji ale argument przeciw.
A jednak jest niewątpliwe i różni się od brzydoty.
 
Ten wrzask ptaków za oknem kiedy witają ranek,
I na podłodze jarzą się pręgi, tęczujące, światła,
Albo horyzont z linią falistą u styku brzoskwiniowego nieba
/ i ciemnoniebieskich gór -
Czyż to nie było od wieków, tak jak jest dzisiaj, wzywane,
Niby tajemnica, która jeszcze chwila, a nagle się odsłoni,
I stary artysta myśli, że całe życie tylko wprawiał rękę,
Dzień więcej, a wejdzie w sam środek jak do wnętrza kwiatu.
 
I dobro jest słabe, ale piękno silne.
Niebyt szerzy się i spopiela obszary bytu
Strojąc się w barwy i kształty, które udają istnienie.
I nikt by go nie rozpoznał, gdyby nie jego brzydota.
 
Kiedy ludzie przestaną wierzyć, że jest zło i jest dobro,
Tylko piękno przywoła ich do siebie i ocali,
Żeby umieli powiedzieć: to prawdziwe, a to nieprawdziwe.

1. Skróty odsyłają do następujących pozycji: C. Miłosz, Wiersze, t. I-II, Kraków 1985 (W); Ziemia Ulro, Warszawa 1982 (ZU); Nieobjęta ziemia, Paryż 1984 (NZ).

2. R. Nycz, Sylwy współczesne. Problem konstrukcji tekstu, Wrocław 1984 s. 67. Książka wybitna, niestety nie dość zauważona - czy tylko dlatego, że uczona jak licho i zaopatrzona w szkolarski tytuł? Czy też tak się dziać w Polsce zaczyna, że książek powyżej pewnego stopnia trudności po prostu się nie zauważa?

3. Podziwiam intuicję Nycza: nie mógł znać przecie wyznania Miłosza: "Jaka będzie poezja w przyszłości (...) jest możliwa, bo znam krótkie chwile, kiedy już niemalże tworzyła się pod moim piórem (...) Rytmy ciała - bicie serca, puls, pocenie się, krwawienia periodu (...) będą w niej obecne zawsze razem z podniosłymi potrzebami ducha i nasza podwójność znajdzie swoją formę bez wyrzekania się jednej strefy albo drugiej" (NZ 35).

4. (a) = proza, (b) = wiersz, (c) = przytoczenie.

5. O tych momentach pisałem w szkicu: Epifanie Miłosza, przedruk w: Poznawanie Miłosza, pod redakcją J. Kwiatkowskiego, Kraków 1985. Kwiatkowski - krytyk zawsze Miłoszowi wierny - zebrał tam najbardziej znamienne rozważania o poecie. Antologia ta odda ogromne usługi każdemu, kto chce bliżej poznać twórczość Miłosza.