Dziękczynienie. Nowy tom wierszy Miłosza

 

JAN BŁOŃSKI

 

 

 

Czym jest ten tomik wierszy, napisanych przez osiemdziesięcioletniego poetę? Spoiście skomponowany, zaczyna się od Sprawozdania, złożonego komu?... ależ Panu Bogu, po prostu!... i kończy prośbą o wstawiennictwo, zwróconą do matki, która jedna "mądra i sprawiedliwa, umiałabyś mnie uspokoić, tłumacząc, że zrobiłem tyle co mogłem" (77) *1. Jest w nim nieco lęku, zrozumiałego, bo któż mógłby się samemu usprawiedliwić?... przeważa jednak szczególna radość - czy też szczególne szczęście - rodzące się z wdzięczności. Z wdzięczności za co? Nie za to czy owo zdarzenie, za taki czy inny traf szczęśliwy, traf, których sporo - przyznaje Miłosz - spotkało go w życiu. Jest tajemnica większa niż obroty losu. Tym darem, za który należy się nieustanna wdzięczność, jest istnienie: dziękować winniśmy za radość i ból, za szczęście i cierpienie.

Jakaż to stara mądrość, archaiczne doświadczenie! Aby je współodczuć, musimy cofnąć się aż przed romantyzm, może nawet przypomnieć sobie szkolnego Kochanowskiego... "Czegóż chcesz od nas Panie, za Twe hojne dary..." Także te, które pieką i bolą... I one mogą zostać podjęte, poetycko powiedziane i tym samym oczyszczone. Czy nie o tym myślał Miłosz, kiedy już przed dwudziestu przeszło laty snuł rozważania o "wyobraźni chrześcijańskiej"? Jej fundamentalną cechą byłoby poczucie hierarchii, a więc miejsca, które rzecz, działanie, idea i człowiek zajmują w ekonomii Stworzenia... Myśli Miłosza obudziły wówczas niejakie zdumienie, tym bardziej że powoływał się na Swedenborga, Blake'a i Oskara Miłosza, myślicieli wybitnych, niewątpliwie, ale trochę szalonych. Czesław nie rozstał się jednak z tymi - pozornie tylko - osobliwymi przeświadczeniami, choć odsłania je dzisiaj jakby od innej strony.

Miłosz nieraz przypominał, że poezja jest dzieckiem pamięci, Mnemosyne Mater Musarum. Stwórca obdarzył go istotnie niepojętą wręcz wydolnością pamięci. Pamięta lisa, który przed siedemdziesięciu laty wychynął z leśnej nory, rysunek drzew nad jeziorem, ale taki, co się zmieniał przecie co parę lat!... cień na antycznym posągu, melancholijną intonację starego profesora z Kalifornii i comiesięczne (!) zmiany nastrojów środowiska literackiego w okupacyjnej Warszawie. Wszystko to tłoczy się, domaga ponownego zaistnienia, przechowania w słowach! Uchować jak najwięcej bytu... takie zdaje się Miłoszowi najpierwsze, niejako przyrodzone zadanie poezji. Co każe człowiekowi pisać? Wola "ocalenia" niknącego w czasie istnienia *2. Czy to nie najbardziej elementarne, archaiczne powołanie poezji? Poeta - i jego czytelnik - chcą przede wszystkim być... być więcej, wierniej. Jest jednak w tym pragnieniu dwuznaczność, jeśli nie gorzej. Bo przecież taka potrzeba rodzi się z łapczywości, z egoistycznego łakomstwa: w starym nawet poecie trwa ciągle dziecko, domagające się "więcej" świata, więcej smaków, kolorów, kształtów i dotyków! Tymczasem wtedy tylko świat zostanie dobrze zobaczony (i tym samym przechowany), kiedy poeta zobaczy go dla niego samego, nie dla siebie. Musi zostać oczyszczony z pożądania, zobaczony w swoim porządku i prawdzie, inaczej mówiąc, zobaczony bezinteresownie.

Ale jak takie widzenie osiągnąć? Wieczny niepokój, nieustannie staranie! Przede wszystkim powiedzieć sobie, że poezja (sztuka) nie może być skargą czy krzykiem duszy, narzucaniem czytelnikowi własnego "ja" i jego obmierzłych frustracji czy pożądań. Stąd głęboka (i trwała) niechęć Miłosza do Młodej Polski... Jednak nie chciał on także rozumieć poezji jako celu samego dla siebie. Mówiąc tradycyjnie, niezbyt zajmowało go abstrakcyjne "piękno", sączące się z coraz to nowszych - i wymyślniejszych - użyć słów. Nie lubił ani abstrakcyjnego "absolutu" symbolistów, ani arbitralnego przekształcenia świata przez słowo (czy w ogóle przez sztukę), do którego dążyli awangardyści, oddani społeczno-estetycznej utopii nowego wspaniałego świata.

Do czego zatem zmierzał Miłosz? Do odnowienia mimesis, do rozumienia sztuki jako naśladownictwa. Proste?... Proste, ale niemodne. Miłosz starał się wygonić z poezji zarówno autorskie ego, jak estetyczny dreszcz, porażający czytelnika dziwnością słowa. Lepiej żeby zajęła się, jak w swoich lepszych czasach, pochwałą istnienia, uchowaniem istnienia przed lekceważeniem, wzgardą, nicością... Bo też wszystko, co zaistniało - czyż z tej samej racji nie zasługuje na uchronienie? Lepszy przecie byt niż nicość, choć Mallarmé sądził przeciwnie, Przyboś zaś ufał tylko (jeszcze nie powstałej) przyszłości. Stworzenie jest - wbrew współczesnemu nihilizmowi - dobre i świat, natura, która nas otacza, pierwsza zasługuje na naśladowanie, na takie powtórzenie, jak w Ścianie Muzeum :

Był to odciśnięty wizerunek rzeki,
Pień sękatego nurtu, gałązki dopływów.
Jakby chcieli połączyć zapamiętane
Drzewa i bystre wody, najlepsze z rzeczy ziemi.
(23)

Poeta może i powinien postępować podobnie jak rzeźbiarz czy architekt, który tę "Ścianę" zbudował. Naśladuje rozmaicie: raz przez eliminację zbędnych składników, starając się uchwycić to, co najistotniejsze, a zwykle także - najprostsze. Tak lubili postępować artyści Dalekiego Wschodu i nie przypadkiem Miłosz szuka u nich natchnienia czy przykładu, co widać dobrze w Wypisach z ksiąg użytecznych *3. Raz znów przez metaforyczną identyfikację, nałożenie na siebie dwu obrazów czy zjawisk, właśnie tak jak uczynił to twórca Ściany Muzeum . Najczęściej jednak chyba przez przemieszczenie i osadzenie w nowej całości, co odnosi się mniej do zjawisk natury niż do ludzkich doświadczeń. Może ta właśnie kwestia zasługuje na szersze rozwinięcie.

Co ma do uchronienia, ocalenia, usprawiedliwienia poeta? Całokształt swego doświadczenia, swego pobytu na ziemi. Chciałby je jakoś uchronić... i dlatego właśnie powtarza je słownie, czyli naśladuje. Choć wie, że to trudne, właściwie niemożliwe - chciałby je uchować w przekonaniu, że ten dar istnienia był fundamentalnie - ontologicznie - dobry... Treścią setek i tysięcy stron, które Miłosz zapisał, jest w ostatecznym rachunku jego własne życie. Powtarza je nieznużenie we wspomnieniach, esejach, opowieściach, literackich rozważaniach, wywiadach nawet... ale przede wszystkim - i po kilkakroć - w wierszach. A przecież przeżycia, zdarzenia, postacie zdają się za każdym razem trochę (albo bardzo) inne! Inne, bo przywołane w odmiennych okolicznościach, á propos różnych spraw... albo odsłaniające się nieznaną jeszcze stroną swego istnienia.

Skutek Miłoszowego postępowania dwoisty. Pod jego piórem rozsypują się w końcu wszystkie literackie podziały i granice, lub ściślej: poezja wchłania w siebie refleksję, opis i relację historyczną. Zdolna jest zasymilować gawędę (21), dowcip (34), filozoficzną dysputę (58-67) i nawet, o zgrozo!... badanie źródeł literackich (39-43). Wszystko właściwie może zostać wypowiedziane poetycko, całkiem jak w początkach piśmiennictwa, gdy mowa rytmiczna pomagała pamięci w przechowaniu ("ocalaniu") wszelkiej wiedzy o ludziach i świecie. Mówiąc krótko, wszystkie sposoby mówienia zostają wprzęgnięte w wielką pracę naśladownictwa.

Ale powstaje pytanie: kiedy to naśladownictwo jest dobre (trafne), a kiedy nie? Przecież poeta nie może ograniczyć się do czystego opisu, do nazywania rzeczy, jak to próbował kiedyś Cendrars, któremu Miłosz posyła zresztą przyjazne pozdrowienie... Musi przedstawić je w należytym porządku. Tak więc w końcu decydująca okazuje się chyba - zdolność montażu, uporządkowanie wspomnień, które ożywiają słowo. Dam przykład najprostszy z możliwych:

Trzymałaś lejce i dwoje nas jechało jednokonną bryczką w gościnę do wielkiej wioski pod lasem.
 
Gałęzie jej jabłoni i grusz ugięte pod nadmiarem owoców, ganki domów, ozdobne, nad ogródkami malw i ruty.
 
Twoi dawni uczniowie, teraz gospodarze podejmowali nas rozmową o urodzajach, kobiety pokazywały swoje warsztaty tkackie i deliberowałyście długo o kolorach osnowy i odetki.
 
Na stole wędliny, plastry miodu w glinianej misie, i piłem kwas chlebowy z blaszanej kwarty.
 
Poprosiłem kierownika kołchozu, żeby pokazał mi tę wioskę, zawiózł na pola puste aż po las i zatrzymał auto przed dużym głazem.
 
"Tu była wioska Peiksva", powiedział, nie bez triumfu w głosie, jak to u tych, co są zawsze z wygrywającymi.
 
Zauważyłem, że jedna część głazu była odłupana, próbowano więc rozbić kamień młotem, żeby znikł nawet ten ślad.
(76)

Proszę zwrócić uwagę, że w wierszu nie ma żadnej przenośni, peryfrazy itp. Poetycka kuchnia Miłoszowi niepotrzebna. Tyle że w pierwszej części znać - bardzo delikatną - patynę słownictwa, podczas gdy w drugiej (przeszło siedemdziesiąt lat później) przeważa współczesny styl konwersacyjny ("jak to u tych..."). Środki zatem jak najbardziej oszczędne, niezauważalne. Można jednak powiedzieć, że manipulowanie wysokością i charakterystycznością stylu - czy raczej stylów - należy do istotnych choć dyskretnych chwytów literackich Miłosza.

Na pewno jednak ważniejsza jest umiejętność montażu, zestawiania i kontrastowania obrazów (oraz ich sekwencji). Dzięki takiemu użytkowi pamięci powstaje możliwość lepszego, mądrzejszego użytku z przeszłości... czyli ze wszystkiego co stworzyło, zbudowało poetę i człowieka. I tutaj przypomina mi się znowu dość zagadkowe pojęcie wyobraźni chrześcijańskiej. Czy nie tym się ona właśnie cechuje, że układa rzeczy w należytym - właściwym - porządku? Ale cóż to znaczy: należytym? Chyba takim, w którym ujawniają się właściwe hierarchie: zła i dobra, piękna i brzydoty, bytu i nicości (czy raczej mniej-bytu, jak powiedziałby Leśmian). Tak właśnie jak w przytoczonym wierszu, choć bardziej tajemniczo czy zawile.

Hierarchia nie musi zwyciężać, Miłosz nie pisze wierszy dla dzieci. Dość, aby była widoczna, aby do niej poeta i czytelnik zatęsknili... aby uznali jej istnienie. Już to przybliża świat do należytego porządku, umożliwia właściwe naśladownictwo, rzetelną mimesis. Wtedy nawet zło, o które poeta musi się ocierać, jeśli ma wykonać dzieło... - zostanie w końcu wzięte w nawias, na pewno nie usprawiedliwione, ale przynajmniej - właściwie ocenione i określone. Taki jest sens Jeszcze jednej sprzeczności (227). Poetę drąży zarówno poczucie winy, jak zagadka cierpienia i dlatego w dyskusji z uczoną Damą, rozżaloną losem zwierząt, nie waha się zawołać na pomoc filozofa i duszpasterza, Kołakowskiego i Kłoczowskiego, aby mu wyjaśnili zagadkę teodycei... Tym samym i te nowe "Rozmowy Grzesznika z Damą, Mędrcem i Plebanem" zostają jakby wklejone w poemat.

Poważniej: już samo uznanie, czy tym bardziej rozeznanie hierarchii - właściwego porządku rzeczy - umożliwia właściwe naśladownictwa, trafną mimesis. Zbliża się tak ona do pobożności. A raczej do łacińskiej pietas, dziwnego słowa, w którym jest skupienie, troska i wdzięczność jednocześnie.

Właściwie zobaczony - bo należycie uporządkowany - Świat, dany przecież poecie przez Boga, zostaje Bogu z czynną (twórczą) wdzięcznością zwrócony. To się także nazywa dziękczynienie.

 


1. Czesław Miłosz, Na brzegu rzeki, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994. Tu i dalej cyfry w nawiasach wskazują na strony tejże książki.

2. Ocalenie (1945) to pierwsza powojenna publikacja poety, oczywiście w Polsce, w Krakowie. Tytuł rozumiano na ogół jako "ocalenie" z lat zagłady, myślę jednak, że miał już dla Miłosza głębsze znaczenie.

3. Por. Czesław Miłosz, Wypisy z ksiąg użytecznych , Wydawnictwo Znak, Kraków 1994.