Ciężar wolności

 

HELENA ZAWORSKA

Czesław Miłosz proponuje nam wyprawę do drugiej Rzeczypospolitej, którą idealizujemy tym namiętniej, im więcej mamy trudności z organizowaniem życia w naszym dzisiejszym państwie.

W pierwszych zdaniach wstępu do swej historycznej, dokumentalnej, a zarazem bardzo osobistej, wspomnieniowej książki Miłosz pisze: "Dzisiaj bez przesady można powiedzieć, iż tamta Polska jest krainą mityczną, słabo opisaną i rzadko zwiedzaną przez nowe pokolenia. Ale przecie tam i wtedy rosłem, i wychowywałem się. W 1918 roku miałem lat siedem, w 1939 - dwadzieścia osiem. Ukształtowało mnie więc Dwudziestolecie i jestem trochę w sytuacji starca, który opowiada dzieciom, jak to kiedyś było. Zastanawiałem się, w jaki sposób prowadzić taką gawędę, i doszedłem do wniosku, że zamiast próby opisu posłużę się głosami ludzi, którzy wtedy żyli i uczestniczyli w codziennych zagadnieniach i wyzwaniach".

Powstała książka niezwykła. W roku 1998 w Krakowie doktorant polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego Kamil Kasperek prowadził pod kierunkiem Czesława Miłosza poszukiwania materiałów w wielu bibliotekach. Zebrane teksty, bardzo bogate i różnorodne, pomieściły się w jednej książce tylko dlatego, że jest ona gawędą autorską, prowadzoną przez poetę. Obok dokumentów historycznych, postanowień traktatów pokojowych, protokołów z debat sejmowych i konferencji, publicznych przemówień, istnieją tu ulotki rozrzucane po ulicach, zapisy w pamiętnikach, listach, a także artystyczne kreacje ówczesnej rzeczywistości w utworach literackich, w pieśniach i legendach. Takie połączenia okazały się zaskakująco wymowne, zdumiewające. Pozwoliły uchwycić migotliwą, różnie przeżywaną i ocenianą aurę epoki. Miłosz wie, że zapoznanie się z tamtą Polską może stać się trudnym przeżyciem, a nawet wstrząsem. "Moim celem było pokazać sprzeczności tamtego państwa, nie łagodząc ich..." - przyzna otwarcie. I doda: "nie mam zamiaru ukrywać mojej stronniczości, bo tamta Polska nie odpowiadała wcale idealnemu obrazowi, jaki nowe pokolenie może sobie stworzyć. Dość było zjawisk budzących przerażenie, litość i gniew. Przecie te właśnie silne uczucia przesądzały o tym, czym stałem się jako poeta i ślady tych uczuć można znaleźć w moich utworach".

Wyprawa w Dwudziestolecie jest książką dramatyczną, ponieważ świeżo odzyskana wolność okazała się ciężarem trudnym do udźwignięcia przez ludzi mających doświadczenie bitewne, ale nie znających się na rządzeniu nowoczesnym państwem. W dodatku było to państwo wielonarodowe i wielowyznaniowe. Wymarzona przez pokolenia "jutrzenka swobody" zmieniała się w łuny kolejnych wojen i pogromów. Wolimy o tym nie pamiętać, ale Miłosz w swojej książce jest nieustępliwy, przypomina sprawy najbardziej drażliwe, okrutne, głupie. Nie rozmawia tutaj z nami ostrożnie i przymilnie. Nie jest przecież żadną pociechą fakt, że dzisiejsze kłopoty z wolnością i rządzeniem przypominają niegdysiejsze klęski. Wręcz przeciwnie, można popaść w rozpacz, gdy uświadomi się nieznośną powtarzalność naszych błędów, zarówno przed szkodą, jak i po szkodzie.

Piłsudski - wielki Przegrany

"Pochodziłem z rodziny o sympatiach piłsudczykowskich, dla której słowo 'endek' było wyzwiskiem" - pisze Miłosz na pierwszych stronach. Marszałek był dla niego legendą, wyzwolicielem, wileńskim krajanem. Widział go w szkole, wpatrywał się w niego z nabożeństwem, stojąc w pierwszym szeregu, cały w zachwycie. W roku 1918 Piłsudski chciał budować Rzeczpospolitą Obojga Narodów, marzył mu się układ rodem z unii lubelskiej. "Do realizacji tych planów miał wierne mu wojsko, natomiast przeciw - polityków prawicy, z Romanem Dmowskim na czele, którzy od początku opowiadali się za scentralizowanym państwem narodowym". To, co Piłsudski musiał przejść z Litwinami, Białorusinami, Ukraińcami było dramatem na wielką skalę.

Miłosz opowiada historię tych lat i tych ziem poprzez dokumenty, wycinki z ówczesnej prasy, przemówienia, listy, uchwały i oświadczenia różnych komitetów narodowych, deklaracje grup żydowskich itp. Kult federacyjnych pomysłów Piłsudskiego był wielki, ale wydarzenia stawały się coraz bardziej krwawe, zwycięstwa chwilowe, aż po wielką przegraną, jaką okazał się traktat ryski zawarty po zwycięstwie Piłsudskiego w wojnie 1920 roku, zaprzepaszczający właściwie to zwycięstwo. Dokładny opis tych długotrwałych, zawikłanych pertraktacji należy do najciekawszych i najmniej znanych faktów historycznych. Ze zdumieniem czyta się, jak dalece nasze fobie i walki wewnętrzne niszczyły polskie szanse dyplomatyczne.

Dzisiejszy Polak prawdopodobnie nigdy nie zetknął się z materiałami, które tak obficie cytuje w swej książce Miłosz. Wydobyte z bibliotek i archiwów, okazują się dokumentami wielkich namiętności i porachunków ludzkich. Oto jeden z niezwykłych przykładów: list otwarty do profesora Stanisława Grabskiego, posła na sejm z ramienia Endecji, którego opinia publiczna ziem wschodnich czyniła odpowiedzialnym za stanowisko polskiego sejmu. Ten list, pełen rozpaczy, patosu i oburzenia kończył się tak: "Stanisławie Grabski! Niech świadomość, iż nie ma tej minuty i sekundy, kiedy by Twe imię nie było przeklinane, nie da Ci zamknąć spokojnie oczu, a gdy wreszcie staniesz przed Najwyższym, zdając rachunek ze swych czynów, niech straszny głos: Kainie Grabski, cóżeś uczynił ze swych braci białoruskich? Niech Cię prześladuje w wieczności! Kainie Grabski! Bądź kroć kroci razy przeklęty! - Prawnuk Tadeusza Reytana Henryk Grabowski. Warszawa, 13 kwietnia 1921 r." (Druk w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej).

Styl uprawiania polityki bywał wprost nieprawdopodobny. Oto artykuł z prawicowej "Myśli Narodowej" z 16 grudnia 1922, w którym Piłsudski uznany jest za agenta międzynarodowego żydostwa: "Międzynarodowe żydostwo, chcąc się za wszelką cenę utrzymać w Polsce, nie chcąc żadną miarą dopuścić do całkowitej niepodległości Narodu Polskiego w Polsce - chcąc Polskę - jako państwo narodowe zniszczyć, chciało mieć jeszcze choć przez siedem lat na czele tego państwa człowieka, którego polityka z każdym dniem pchała je ku ruinie i niemocy".

Prawica przypuszczała, że zostanie postawiona kandydatura Piłsudskiego na pierwszego prezydenta odrodzonej Polski i tak zajadle atakowała. Autor artykułu ks. dr Kazimierz Lutosławski tymi słowy kończył swe wywody: "Naród zwyciężył - miecz wroga przełamał mu się w dłoni, kandydat przed wyborami wycofał się z szranków ku przerażeniu swych zwolenników". Artykuł, zatytułowany "Zmora", pozostał w czasopiśmie, wyjęty obecnie z zapomnienia ku przerażeniu potomnych.

Walka Piłsudskiego z sejmowładztwem, zamach majowy w 1926 roku, przy końcu życia wymykanie się władzy z jego rąk - wszystko to jest pokazane poprzez materiały śmiałe, utrzymane w ostrych barwach. Kontrastują z nimi spokojne, mówione (dyktowane przez autora) komentarze Miłosza.

Imperiotwórcze zdolności

Lata 30. to triumfalny rozwój totalitaryzmów na Wschodzie i Zachodzie, zbliżających świat do wojny i katastrofy. Opis tych lat robi wrażenie grozy, absurdu, dążenia do samozatraty przy propagandowym krzyku o sile i mocarstwowości. Wiemy, że część Polaków została zarażona tragikomicznymi snami o potędze. Fakty polityczne były i w Polsce przerażające, Miłosz rejestruje je bez przymykania oczu i taryfy ulgowej. Materiał, który wybiera, ukazuje nie tylko polityczne formy faszyzacji państwa, ale także psychiczne, moralne skutki ulegania takim ideologiom. Miłosz cytuje na przykład charakterystyczny artykuł Kazimierza Studentowicza "Imperiotwórcze zdolności Polski" napisany po rozbiorze Czechosłowacji, z którego Polska skorzystała, zabierając Zaolzie. Autor uważa, że otwierają się właśnie przed Polską "w walce o jej pozycję imperialną nieograniczone wprost możliwości". Będą one zupełnie inne niż u groźnych faszystów hitlerowskich. Mamy być przykładem imperium szanującego innych, tolerancyjnego, ale umiejącego wykorzystać swoje szanse w ogólnym podziale świata na silnych i słabych, kolonizatorów i skolonizowanych.

Cytowane tu reportaże Ksawerego Pruszyńskiego pokazują narastanie w masach nacjonalistycznej fali. Obóz Narodowo-Radykalny rekrutował mnóstwo członków spośród studentów, wiadomo, co działo się na wyższych uczelniach (getta ławkowe dla Żydów, bijatyki, pałowanie). W ulotce Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego czytamy: "Kto chce Polski silnej i niezależnej gospodarczo, kto chce dać chleb swoim, musi program odżydzenia Polski uznać za swój".

Z książki Miłosza wieje grozą historii dwudziestowiecznej, która niszczyła nas moralnie, zanim runęła jako siła niszcząca biologicznie. Katastroficzna wizja świata, obecna również w jego poezji z tamtych lat, jest w tej książce udokumentowana. Autor zdaje sobie, oczywiście, sprawę, że uwydatnił ciemną stronę międzywojennego Dwudziestolecia. Więc zastrzega się, broni przed jednostronnością, przywołując heroiczne przykłady pracy nad zbudowaniem nowoczesnego państwa. Koronnym dowodem jest tu Gdynia oraz postacie tak wybitnych ludzi, jak Eugeniusz Kwiatkowski oraz prezydent Ignacy Mościcki.

Miłosz mówi o nich z uznaniem, ceni ich zawodowe i naukowe kompetencje oraz pasję, jaką wkładali w budowanie nowoczesnego państwa. Wiadomo, jaką mieli sytuację ekonomiczną, jakich partnerów we władzach. Kwiatkowski nawet dał się wciągnąć w "imperiotwórcze" marzenia o silnej Polsce, działał w Ozonie i wygłaszał przemówienia ideologiczne w tym duchu. Twórca Gdyni i COP-u realizował przede wszystkim bardzo konkretne cele. Miłosz mówi: "Był jednym z tych, którzy jeżeli uprawiali politykę, to jako zło konieczne. Nawet w niektórych posunięciach Kwiatkowskiego przebłyska jakby zagadka jego osobowości, na przykład w jego rozmowach z opozycją czy nieudanej próbie pogodzenia Piłsudskiego z Sikorskim. Pragmatysta, chciał robić swoje, byle mu nie przeszkadzali". Niestety, zawsze pełno u nas "przeszkadzaczy", którzy wszystko wiedzą lepiej, choć nie mają kompetencji ani doświadczenia.

"A Ignacy Mościcki? Żeby uczony, i to wybitny, stał na czele państwa? Czy to normalne w Europie tak bardzo przyzwyczajonej do walk zawodowych polityków o władzę? Zważmy, że najwyższy urząd w państwie sprawował przez 13 lat, od 1926 do klęski 1939, człowiek skromny, bezinteresowny, sumienny w wypełnianiu swych obowiązków - taki ukazuje się w pozostawionych o nim świadectwach. I nie znam piękniejszego świadectwa o przyjacielu niż biografia Mościckiego, którą napisał po wojnie Eugeniusz Kwiatkowski, mieszkający wtedy w Krakowie, po latach spędzonych na internowaniu w Rumunii i powrocie do Polski, gdzie został delegatem do spraw Wybrzeża, zanim pozbawili go stanowiska i nawet zakazali pobytu na Wybrzeżu, w Poznaniu i w Warszawie".

"Kto z dzisiejszych młodych ludzi wie o zasługach i dramacie takich polskich bohaterów?" "Czy w 'państwowotwórczych' szkołach dzieci wtedy przerabiały biografie znakomitych mężów, jakiegoś polskiego Plutarcha? Wątpię..." - stwierdza Miłosz. Ani wtedy, ani teraz nie szukamy wzorów, zajęci głównie zajadłą walką z wewnętrznymi wrogami, których sami tworzymy z uporem godnym lepszej sprawy.