Ludzie przydrożni

 

HELENA ZAWORSKA

Nowa książka Czesława Miłosza jest poezją udającą prozę, ba! udającą alfabetyczny zbiór wiedzy. Jest to wiedza Adama, wygnanego z raju, ale szukającego dróg powrotu.

Ile wdzięku i humoru jest w samych hasłach Miłoszowego Abecadła . Otwieramy książkę i czytamy pierwsze słowo: "A przecie, niemało się napodróżowałem". Tak się zaczyna ten alfabet poetycki: od westchnienia, zadumy, zdziwienia. A przecie to nie jest hasło słownikowe, to hasło pamięci, która jest wyobraźnią i przekorną grą. Pojawiają się rodzinni przodkowie, którzy rzadko opuszczali granice kiejdańskiego powiatu, ojciec odbywający bałtycką podróż, mały syn oglądający album z Amsterdamu, karmiący swą wyobraźnię rysunkami albo drzeworytami. Kino dopiero się zaczynało.

Potem syna wygnała z raju historia i przemoc, ale również zbawcza i zgubna chęć poznania, pokusa przekraczania różnego rodzaju granic, także zakazów i nakazów. Więc poznał kawał świata, zrywał owoce z licznych drzew wiadomości złego i dobrego, a przecie nie nabrał, jak pisze, żadnych nawyków kosmopolity, cechowała go "nieśmiałość prowincjusza" i "obawa przed rozmienieniem się na drobne, przed utratą centrum, czy duchowego domu". Im bardziej nosiło go po świecie, tym bardziej szukał siebie dawnego, tego z Szetejń i Wilna. Takie to ładne i patriotyczne, a przecie te zwodzone mosty budował także strach, miały zabezpieczać przed szaleństwami świata. Były nie tylko tęsknotą do siebie prawdziwego, ale i lękiem przed innymi.

Kiedy życie przechyliło się na drugą połowę i została mu dana szansa chwilowego powrotu do miejsc dzieciństwa i młodości, koło się zamknęło, zaś siła doznań doprowadziła do tego, że poeta, jak sam wyznaje, "oniemiał z uczuciowego nadmiaru". Wtedy zwrócił się do wypowiadania się pośrednio, czyli zamiast mówić o sobie, zaczął sporządzać "rodzaj rejestru życiorysów i zjawisk". Tak wyjaśnia Miłosz formę swojej poezjo-prozy, ujętej w pozorne rygory abecadłowo-słownikowe. Niby uciekł w obiektywizm przed pokusą egotyzmu. Nie możemy się jednak obejść bez owego a przecie, które poeta nam poddał jako wyraz swoistego niedowiarstwa. W "rejestrach" odnajdujemy bowiem jego samego, tworzącego własne mitologie, a jak wiadomo, "te z wczesnej fazy trwają najsilniej".

Mit jedności

Drugie hasło: Adam i Ewa jest szokująco pryncypialne i wymienia przodków najdalszych. O biblijnej opowieści Miłosz pisze z należną powagą, a zarazem z lekko nonszalanckim luzem. Od razu stwierdza, że największą jej zaletą jest kompletna niezrozumiałość tego, co właściwie wydarzyło się w boskim raju. Co znaczyło drzewo poznania dobrego i złego? Dlaczego pierwsi ludzie posądzili Boga o zazdrość? Dlaczego się zawstydzili, gdy spostrzegli, że są nadzy? A obciążenie wszystkich następnych pokoleń grzechem pierworodnym? - tu na szczęście teologia katolicka mówi o tajemnicy wiary i nie wyjaśnia "jak to jest, że go dziedziczymy". Miłosz, zaplątany w dręczące zagadki, przywołuje na pomoc swojego ulubionego Lwa Szestowa, który dziwił się niegdyś, "jak to możliwe, żeby niepiśmienni pasterze sami wymyślili zagadkowy mit, nad którym łamią sobie głowy myśliciele kilku tysiącleci". W ostatnim akapicie tego maleńkiego, poetyckiego traktaciku autor wyjawia najgłębsze tajemnice duszy: "Odczuwamy naszą przemijalność i śmiertelność jako gwałt nam zadany. Tylko Raj jest prawdziwy, świat jest nieprawdziwy i tylko na tymczasem".

Wszystko, co Miłosz napisał w tej książce, jest marzeniem o wydostaniu się z piekła świata, historii, zła, głupoty, nienawiści i o szukaniu dróg do raju, który istnieje poza czasem, rozproszeniem, samotnością. Rajskim spełnieniem jest odnalezienie Jedności łączącej wszystkie ziemskie rozdarcia, sprzeczności, paradoksy w boską całość. Kiedy czytamy kolejne hasło: Anielska seksualność, wiemy, że autorowi tak naprawdę chodzi o byt ludzki. Mit Jedynej, Kobiety odległej i uwielbionej, istniał w sztuce od wieków, Miłosz przywołuje liczne przykłady. Najbardziej fascynuje go mistyczna wyobraźnia Swedenborga, który pojawia się nie tylko w tym haśle, ale w całej książce. Swedenborg wysławiał miłość spełnioną w małżeństwie, cielesną, ale ściśle monogamiczną. W jego systemie teozoficznym istniała ona wiecznie, bo w niebie wszystkie anioły były poprzednio ludźmi, którzy zachowali swą młodość, zmysłowość oraz swych partnerów. Seksualność anielska jest więc "fizyczna, w nadziemskości ziemska". Pełna harmonia ciał i dusz prowadzi do tego, że para nie nazywa się dwoma aniołami, ale jednym. Ktoś może się zdziwić: dlaczego uczony człowiek w końcu XX wieku wplątuje siebie i nas w tak odległe, trącące naiwnością mitologie? Swedenborgiem żywiła się wyobraźnia Słowackiego i Balzaka, kiedy byli jeszcze dziećmi, z tych źródeł wyrosła Godzina myśli naszego Julka i dwie powieści Honoriusza, kochającego niedosiężną panią Hańską. Ale my, doświadczeni, racjonalni, nowocześni?

Otóż Miłosz nie ogląda się na żadne mody, trendy i uczoności z piekła i głupoty rodem. Wybiera z kilku kultur i kilku religii to, co go interesuje, dodaje własne interpretacje, nieocenione poczucie humoru i rzadki u nas luz psychiczny, pozwalający na pełną swobodę myślenia i pisania. Dlatego jego ostatnio wydane książki, z Pieskiem przydrożnym i omawianym tu Abecadłem, wydają się nam niezwykłe. Przyzwyczajeni do walki z cenzurą polityczną, zapomnieliśmy jakby o zahamowaniach psychicznych, o nieświadomych fałszach i śmiesznych wstydach. Bo to nieprawda, że nie wstydzimy się już niczego. Lękamy się właśnie pryncypialności, poruszania bardzo ważnych tematów w formach krótkich i łatwo zrozumiałych. Miejsce dla nich widzimy w opasłych tomach naukowych. Miłosz natomiast pisze tak, żeby nawiązać kontakt z każdym. I tak pięknie kończy już drugi tom swojego popularnego Abecadła: "Pracując nad Abecadłem czasami myślałem, że właściwie należałoby przy każdej postaci drążyć w głąb jej życie i przeznaczenie, zamiast ograniczać się do najbardziej zewnętrznych danych. Moi bohaterowie pojawiają się w jednym błysku, często niezbyt istotnym szczegółem, ale muszą się tym zadowolić, bo lepiej choćby tak wydobyć się z zapomnienia. Może zresztą Abecadło jest zamiast: zamiast powieści, zamiast eseju o dwudziestym wieku, zamiast pamiętnika. Każda ze wspomnianych osób wprawia w ruch sieć wzajemnych odniesień i zależności powiązanych datami mojego stulecia. Ostatecznie nie żałuję, że rzucałem imiona i nazwiska jakby od niechcenia, i ze zdawkowości robiłem cnotę".

Co do anioła Swedenborga (jednego, ale powstałego z dwóch osób), można by napisać erudycyjny doktorat, a tu mamy notę abecadłową, a raczej poetycki okrzyk zachwytu, że w niebie osiągniemy Jedność po mękach ziemskiego rozproszenia. Miło to sobie wyobrazić. Warto też zastanowić się, jak wiele znaczy mit Jedności w naszym stuleciu separatyzmów, podziałów, etnicznych nienawiści.

Mit Wielości

Jedność jest mitem rajskim. Mitem ziemskim jest Wielość nie walcząca, zdolna do koegzystencji. Czesław Miłosz przemierzył świat z ziemi wileńskiej do kalifornijskiej i dobrze wie, że wielość jest zarówno cudownością, jak i grozą. Zalewa nas nadmiar ludzi, idei, wartości i pseudowartości. Nie wiemy, co wybrać, gubimy się. Ludzie bywają bosko inteligentni i diabelsko źli. Sam spis haseł w tym "Abecadle" ukazuje wielki kłąb sprzeczności. Ciekawość nazwana jest potężną namiętnością i nawet starość nie jest jej pozbawiona, nawet śmierć jest nadzieją na nieznane. Cudowność jest peanem na cześć życia, głoszonym przez kogoś, kto siebie nazywa często manichejczykiem, przypuszczającym, że świat został stworzony przez złośliwego demiurga. Miłosz potrafi napisać tu takie zdanie: "Być człowiekiem i żyć wśród ludzi to przecież cudowne, nawet jeżeli znamy podłości i zbrodnie, do jakich są zdolni". Czas jest doświadczeniem tajemniczym, wspaniałym i bolesnym: "Jestem wypełniony pamięcią o ludziach, którzy żyli i umarli, zarazem świadomy, że jeszcze chwila, a mnie też nie będzie. I razem jesteśmy niby obłok czy mgławica pośród ludzkich konstelacji dwudziestego wieku. (...) Razem z tym wielka tęsknota do wyjścia poza czas, w krainę wiekuistych praw i rzeczy nie podległych zniszczeniu. Plato i jego idee: na ziemi biegają i przemijają zające, lisy, konie, ale gdzieś tam w górze trwają wiecznie idee zajączości, lisowatości, koniowatości, wespół z ideą trójkąta i prawem Archimedesa, których nie obali chaotyczna, skażona śmiercią empiria". Jeszcze koniecznie "psiość" muszę dodać, wyjętą z innego wiersza Miłosza.

Wielość kłębi się, trwa, przemija. Zachwyca, ale i przeraża, więc hasło Strach istnieje w książce, podobnie jak Nienawiść, Obrzydzenie, Niedokładność (niczego nie umiemy ustalić), Świadomość (przyćmiona), Głupota Zachodu (Głupota Wschodu nie ma swego hasła), Znikanie. W tych hasłach łączą się różne tonacje, od tkliwego liryzmu po jadowity humor, ostrą drwinę. Przeważa jednak ton współczucia i nie bez powodu w hasłach osobowych pojawia się obszerny wywód o Schopenhauerze, któremu Miłosz, jak sam pisze, wiele zawdzięcza. Wymienia tutaj innych bliskich filozofów: Mariana Zdziechowskiego, Simone Weil, Lwa Szestowa. On sam akceptuje Wielość, chociaż wie zarazem, że ona nie oznacza pełni życia. Jest pesymistą, który wierzy w Boga z wdzięczności za ocalenie od prób ponad siły.

Miłosz kocha biedną, wygnaną z raju i tułającą się po drogach świata człowieczość. Osobowe hasła Abecadła opowiadają o ludziach przydrożnych, pędzonych przez historię naszego strasznego stulecia z krańca w kraniec ziemi ogarniętej wielkimi i mniejszymi wojnami. W XIX wieku nazywano ich tułaczami, zesłańcami, a wzniośle - pielgrzymami. W XX wieku totalitaryzmów i masowej zagłady, obozów karnych, wysiedleń i likwidacji całych narodów, idea człowieczości została zhańbiona, zmieniono ją w "mierzwę historii". Obejmujemy to częściowo swoim doświadczeniem, częściowo świadomością, którą Miłosz nazywa "przyćmioną", bo w istocie nie jest do objęcia całość tych zjawisk. Poeta przywołuje konkrety, powołuje się na wiedzę i sądy tych, którzy byli ostrzej świadomi, bardziej przenikliwi. Zamieszcza tutaj na przykład sylwetkę zapomnianego Louisa Adamica, amerykańskiego pisarza z ery Roosevelta, który w amerykańskim tyglu zobaczył i opisał zjawisko przemieszania różnych mas imigrantów, zwłaszcza z krajów słowiańskich. Przywołuje też Andrieja Amalrika, historyka rosyjskiego, więzionego, zsyłanego do łagrów, po międzynarodowych protestach wyrzuconego na Zachód i pracującego na znanych uniwersytetach. On właśnie przewidział bardzo dokładnie rychły upadek imperium sowieckiego, gdy niemal wszyscy uważali, że nie dokona się to za naszego życia.

Wileńscy pedagodzy, artyści, działacze polityczni, myśliciele i nawiedzeni fantaści mieszają się w Abecadle z europejskimi i amerykańskimi poetami, filozofami, historykami. Vladas Drema, malarz Wilna, wydaje się bliskim kolegą Edwarda Hoppera, który na swych płótnach utrwalił portret Ameryki. Nie znali się, oczywiście, nic o sobie nie wiedzieli, a przecież stanowili podobne odmiany człowieczości malującej. Do nich dołącza się tutaj jeszcze Ludomir Ślendziński, wileński nauczyciel rysunków, który wyjaśniał Miłoszowi zasady tej sztuki.

Bardzo znane nazwiska przeplatają się z postaciami, których istnienie utrwalone zostało w Miłoszowej pamięci i trzeba je, póki czas, ocalić od zapomnienia. W taki sposób poeta próbuje towarzyszyć ludziom przydrożnym w ich chcianych i nie chcianych wędrówkach.