KRZYSZTOF STALA

"Święte słowo jest"
Miłoszowskie paradoksy bycia

"ZNAK 1993, nr 5.


Obecność pytań metafizycznych w poetyckim dyskursie Czesława Miłosza, ich natarczywość i powtarzalność jest chyba najbardziej rzucającą się w oczy skłonnością tej twórczości. Pytania te stanowią jednocześnie pomost między poetycką i eseistyczną stroną tego dyskursu; doświadczenia poetyckie odbijają się w lustrze myślenia dyskursywnego i vice versa, zachodzi nieustanny przepływ idei i doświadczeń, wzbogacający obydwie strony i, oczywiście, czytelnika. Miłoszowskie "pytania metafizyczne" są pytaniami źródłowymi w podwójnym sensie; w sensie źródłowości metafizyki samej, która "leży u źródeł myślenia bytu" (Heidegger) i w sensie źródłowości doświadczenia, wyjścia od objawienia, zdziwienia światem, od epifanii tajemnicy istnienia. Podstawą myślenia metafizycznego jest tutaj drążenie wieloznaczności tkwiącej w słowie "jest", zdziwienie wobec nieprzebranego bogactwa znaczeń kryjących się (ukrytych) za tym "świętym słowem".

Od samego rana, ledwo słońce tam trafi przez cieniste
klony, chodzą rozpamiętując święte słowo: Jest.
(Republika doskonała)


Z namysłu nad "jest" wyrasta wszelka poezja. Sam Miłosz tak to ujął w rozmowach z Ewą Czarnecką:

Wszędzie to u mnie powraca i nawet w mojej mowie sztokholmskiej powiedziałem, że idealne życie poety polega na kontemplacji słowa "jest". Nie mam jednolitej natury, ale często w moich wierszach ujawniam pragnienie, że powinienem siedzieć w moim rodzinnym mieście, spędzić tam życie z kobietą, która byłaby ukochaną moją żoną, chodzić do kawiarni na rogu i rozmyślać o "jest". Naturalnie, że to utopia. Zawsze nam coś przeszkadza (...) "Jest" to dla mnie najbardziej tajemnicze słowo. Miałem kiedyś pomysł, żeby zabronić jego używania, bo to zbyt święte słowo. *1


Przekonanie o tym, że źródeł metafizyki trzeba szukać w głębokiej medytacji nad słowem "jest" (świętym, kreującym, odsłaniającym) dzieli Czesław Miłosz z Martinem Heideggerem. Fenomenologiczny "powrót do źródeł", do rzeczy samej, to u Heideggera przede wszystkim namysł nad "jest"; nad konkretnym, ludzkim, przeżywanym "jest", odnoszącym się zarówno do "całości Bytu" jak i do Dasein - przytomności. W rozumieniu, interpretacji, odsłanianiu prawdy "jest" (prawdy "ukrytej", słabo słyszalnej dla współczesnych) leży istota namysłu nad Bytem i Czasem.

Cóż więc powiadamy, mówiąc "być" zamiast einai i einai, czy esse zamiast "być"? Nie powiadamy nic. Słowo jest podobnie stępione - po grecku, po łacinie i po niemiecku. Używając go zgodnie z nawykiem, demaskujemy się tylko jako pionierzy największej bezmyślności, jaka kiedykolwiek pojawiła się w obszarze myślenia i do tej chwili pozostaje u władzy. Owo einai powiada zaś: uobecniać, wyistaczać się. Istota tego wyistaczania kryje się głęboko w pierwotnym mianie bycia. Dla nas jednak einai i ousia jako par- i apousia mówią przede wszystkim tyle: w uobecnianiu, w wyistaczaniu, niepomyślne i skryte, rządzą współczesność i trwanie, istoczy się czas. Bycie jako takie jest przeto nieskryte mocą czasu. W ten sposób czas odsyła do nieskrytości, tzn. do prawdy bycia. Czasu wszakże, który teraz trzeba pomyśleć, nie doświadczamy w zmiennym upływie bytu. Czas ma najwyraźniej inną jeszcze istotę, której metafizyka w swym pojęciu czasu nie tylko nie pomyślała jeszcze, lecz nigdy pomyśleć nie zdoła. *2


Filozof wydobywa na jaw fundamentalną dwoistość, ambiwalencję, tkwiącą w słowie "jest". Może ono odsłaniać racje istnienia świata, podstawę "całości bytu" tkwiącą poza bytem - i w tym sensie pytanie o "jest" to droga do korzeni metafizyki, będącej "pytaniem wykraczającym poza byt, aby następnie ów byt - jako taki i w całości - przywrócić pojmowaniu" (Heidegger, 143). Współczesny horyzont rozumienia słowa "jest" wydobywa z niego przede wszystkim aspekt czasowy - "w uobecnianiu rządzą współczesność i trwanie". "Jest" znaczy dla nas bycie obecnym tu i teraz, celuje w chwilę i w czas - w czas jako źródło sensu (lub bezsensu, rozpadu) świata.

Ambicje tego eseju są dużo skromniejsze niż proponowany przez filozofa projekt namysłu nad fundamentalną dwoistością "jest". Chcielibyśmy uchwycić wielość odcieni, mnogość paradygmatów i kontekstów, tkwiących w poetycko-filozoficznych "jest" Czesława Miłosza. Drążenie wieloznaczności, wielości paradygmatów ukrytych za tym prostym i "nie-poetyckim" słowem, wielokierunkowość sensów rozchodzących się z tego słowa-centrum powinno poszerzyć nieco horyzont namysłu nad Miłoszowską metafizyką, pokazać jej możliwości i ograniczenia, napięcia i "twórcze sprzeczności". Wybraliśmy kilka wierszy z różnych okresów twórczości poety, w których to metafizyczne "jest", bądź jego synonimy i peryfrazy są najbardziej słyszalne, w których zapis doświadczenia ludzkiego związanego z przeżywaniem intensywności istnienia przebija poprzez wszystko inne - opis, wspomnienie, fantazję.

 
Pragnienie metafizyczne. Esse

Dotknięcie, porażenie samym faktem istnienia stanowi źródło wielu Miłoszowskich epifanii. Te, którymi chcemy się zająć, poddają refleksji swą własną epifaniczność, drażą jej paradoksalność, szukają jej źródeł i ograniczeń. Święte słowo "jest" odsłania najczęściej nagość doświadczenia świata w czystej obecności, niezmąconej "systemami" - kultury, pamięci, abstrakcji, interpretowania. Zatrzymanie klatki, momentalne spięcie wydobywa z chaosu wrażeń obraz, którego "siła absolutna" polega na spotęgowaniu poczucia istnienia, dotkliwego aż do bólu w swej nagości i oczywistości:

Na to mi przyszło, że po tylu próbach nazywania świata umiem już tylko powtarzać w kółko najwyższe, jedyne wyznanie, poza które żadna moc nie może sięgnąć: ja jestem - ona jest. Krzyczcie, dmijcie w trąby, utwórzcie tysiączne pochody, skaczcie, rozdzierajcie sobie ubrania, powtarzając to jedno: jest! I po co zapisano stronice, tomy, katedry stronic, jeżeli bełkocę, jakbym był pierwszym, który wyłonił się z iłu na brzegach oceanu? Na co zdały się cywilizacje Słońca, czerwony pył rozpadających się miast, zbroje i motory w pyle pustyń, jeżeli nie dodały nic do tego dźwięku: jest?
(Esse)


Zacytowany przed chwilą wiersz-proza Esse został przez krytykę zauważony i skatalogowany jako jedna z wielu Miłoszowskich epifanii, jeden z wariantów poetyckiego "zdziwienia światem", które płynie ze "zmysłowej, cielesnej intensywności doznawania rzeczy w ich zewnętrzności i jednokrotności, nie zaś w ich sekrecie i idealności" *3. Spróbujmy przyjrzeć się z bliska temu zapisowi doświadczenia "nagości istnienia" i jego poetyckim i dyskursywnym kontekstom.

Doświadczenie intensywności bycia wypływa w Esse ze spotkania z twarzą. Twarz kobiety, ujrzana przypadkowo w metrze, przekreśla nagle cały zewnętrzny świat: "przebiegały światła metra, nie zauważałem ich", staje się przewodnikiem, katalizatorem doświadczenia metafizycznego, dla którego brak słów - ja jestem - ona jest. Święte słowo "jest" okazuje się więzieniem, które nazywając istniejące, pozostawia poczucie niedosytu, niezaspokojenia, staje się znakiem rozbudzonego metafizycznego pragnienia:

Co można zrobić, jeżeli wzrok nie ma siły absolutnej, tak żeby wciągał przedmioty z zachłyśnięciem się szybkości, zostawiając za sobą już tylko pustkę formy idealnej, znak, niby hieroglif, który uproszczono z rysunku zwierzęcia czy ptaka?


To jedno z najbardziej zagadkowych miejsc tego tekstu. Jak rozumieć owo pragnienie siły absolutnej wzroku, umożliwiającej "wessanie" przedmiotów; pragnienie nie do zaspokojenia, bowiem twarz opiera się żądzy zawłaszczenia, posiadania, wchłonięcia? Dopiero z doświadczenia tej niemożności, odkrycia w świecie szczeliny, granicy posiadania, płynie owo tryumfalne i jednocześnie świadome porażki "ja jestem - ona jest". Nieoswajalna nagość twarzy ("rzecz bardziej tajemnicza") odsłania źródła prawdy bycia, otwierając Świat - jako istniejące, ogromne, nie do ogarnięcia zadanie-wyzwanie:

Wysiadła na Raspail. Zostałem z ogromem rzeczy istniejących. Gąbka, która cierpi, bo nie może napełnić się wodą, rzeka, która cierpi, bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami.


To głębokie poczucie niedosytu, niemożności wchłonięcia w siebie świata odsłoniętego dzięki doświadczeniu twarzy w swej istotności, w swym "esse", wydaje się być najszerszym kontekstem tej epifanii. Narzuca się tutaj kontekst myśli Emmanuela Levinasa, filozofa, który z "pragnienia metafizycznego" uczynił podstawę namysłu nad istotą transcendencji. Zbieżności polegają tu raczej na podobieństwie stawianych pytań, na przenikaniu się horyzontów doświadczenia bytu, zdziwienia tym, co istniejące. Czy Miłoszowskie Esse nie jest poetyckim zapisem budzenia się pragnienia metafizycznego, owego "osłupienia światem", "ruchu idącego od świata znanego, oswojonego, (...) od 'u siebie', które zamieszkujemy, w kierunku obcego na-zewnątrz-siebie, w stronę drugiego, tamtego?" Czyż ów "ogrom rzeczy istniejących", którego podmiot-gąbka nie może wchłonąć, a jednocześnie głęboko pożąda, nie wskazuje na pragnienie, które "dąży do czegoś całkowicie innego", którego "żadna podróż, żadna zmiana klimatu czy scenerii nie może zaspokoić"? *4

Podstawą, gruntem doświadczenia tego, co istniejące, jest więc w Esse takie przeżycie "jest", które usuwa w cień (bierze w nawias) cały świat - jako odbicie, re-prezentacje, wtórność form, a wydobywa na jaw samo "światło Bycia" - dionizyjsko-nietzscheańskie oślepiające źródło istnienia. Dzięki doświadczeniu epifanii twarzy pęka wtórna rzeczywistość form i reprezentacji i wybucha z niej substancja tego, co jest naprawdę - płynąca z przeżycia jednostkowości, zagadkowości, absolutnej inności Drugiego. Śladem, konsekwencją tego przeżycia jest poczucie nadmiaru istnienia (ogrom rzeczy istniejących), obudzenie głodu rzeczywistości, "zaczepienie" pragnienia metafizycznego.

 
Paradygmat pojęcia istnienia. Świat. Poema naiwne

Czyż jednak poeta, kilka lat wcześniej, nie przestrzegał przed słońcem - jako oślepiającym, prowadzącym na manowce, złym przewodnikiem w poszukiwaniu Prawdy? Poemat Świat (Poema naiwne) kończy się wymownym ostrzeżeniem; próby dojścia do źródeł metafizyki, do doświadczenia "czystej nagości istnienia" oślepiają podmiot-poznającego, który powinien się ukontentować "światłem odbitym" - światem, który jest dzięki słońcu (Idei, Bogom, Byciu, Pierwszej Przyczynie). Światem, który pozostaje zorganizowaną i harmonijną - ale jednak re-prezentacją.

Kto chce malować świat w barwnej postaci,
Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce.
Bo pamięć rzeczy, które widział, straci,
Łzy tylko w oczach zostaną piekące.
 
Niechaj przyklęknie, twarz ku trawie schyli
I patrzy w promień od ziemi odbity.
Tam znajdzie wszystko, cośmy porzucili:
Gwiazdy i róże, i zmierzchy i świty.
(Słońce)


Metafizyczność poematu Świat polega, jak trafnie zauważył Marian Stala, na "intuicyjnym uchwyceniu całości istnienia", na wydobyciu wszechobejmującego "jest", odnoszącego się do całości istnienia, ale wyprowadzonego z konkretu, szczegółu, jednostkowego oglądu: "Nie ma obcych. Nie ma cierpień wywołanych przez nadmierną świadomość własnego ja. Jest zaś ład i piękno świata" *5. "Jest" ugruntowane jest tutaj w centrum, w trwałym i bezpiecznym, oswojonym miejscu, jakim jest dom. Oswajanie świata zaczyna się od szczegółu - furtki, schodów, ogrodu - aby dalej rozlać, rozprzestrzenić się w cały świat. To dziecinne, "naiwne" odsłanianie całości istnienia, w której rzeczy układają się kręgami wokół bezpiecznego, pewnego centrum - Domu, Ojca, Księgi - staje się modelem ontologicznym, metaforą ładu świata.

Dyskursywne, ontologiczne "jest" pojawia się w centralnej części poematu, w trzech wierszach: Wiara, Nadzieja, Miłość. Wiersze te, stanowiące metafizyczną oś Świata, to rodzaj wyznania wiary w potęgę Rzeczywistości. Wiara, nadzieja i miłość - to trzy klucze, które otwierają bramę świata. Poczucie istnienia pełnego nie jest bynajmniej czymś oczywistym, łatwo dostępnym, prostym. Wymaga wysiłku, akceptacji, udziału. Wpierw - zgody na dobro i zło, na dwa immanentne składniki rzeczywistości. "Co nie ma cienia, istnieć nie ma siły" (Wiara). Ale przede wszystkim - odrzucenia pokusy wątpienia, spekulacji, rozumu - kartezjańskiej hipotezy "złośliwego demona iluzji":

Nadzieja bywa, jeżeli ktoś wierzy,
Że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem
I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.
A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.
 
Wejść tam nie można. Ale jest na pewno.
Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
Jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli.
 
Niektórzy mówią, że nas oko łudzi
I że nic nie ma, tylko się wydaje,
Ale ci właśnie nie mają nadziei.
(Nadzieja)


Jeszcze większego wysiłku wymaga Miłość. Każe nam ona spojrzeć na siebie "tak jak się patrzy na obce nam rzeczy", wymaga akceptacji naszego istnienia wśród rzeczy tego świata - "bo jesteś jedną tylko z rzeczy wielu". Za cenę zrezygnowania ze świadomości - domyślamy się, że świadomości odmienności, inności - prowadzącej do wywyższenia, bolesnej dumy powodującej alienację, odosobnienie. Wtedy możliwym się staje pełny udział w rzeczywistości, wtedy człowiek "i siebie, i rzeczy chce użyć. Żeby stanęły w wypełnienia łunie". Otwiera się "świat-ogród", znikają "dotkliwości wydziedziczenia", pozostawiamy za sobą okropności ziemi Ulro.

Wydaje się, że w tych kilku fragmentach odsłonięte zostaje zapomniane doświadczenie czasu, o jakie woła Heidegger - doświadczenie czasu jako istoczenia, wyistaczania się, uobecniania. Czasu pełnego sensu, w którym świat "staje się" na naszych oczach, w naszej przytomności, czasu -będącego przeciwieństwem "czasu absolutnego" rządzącego w ziemi Ulro, czasu "pędzącego znikąd do nikąd". Mocne, zdeterminowane "jest" przenikające Świat staje się gruntem Miłoszowskiego "paradygmatu pojęcia istnienia" (określenie Leszka Kołakowskiego), specyficznego uchwycenia pulsu rzeczywistości.

Jeżeli, jak twierdzi Marian Stala, główną figurą poematu jest "proces poznania, przejście od zakrytego do odsłoniętego", to nie jest to na pewno proces poznania typu indukcyjno-spostrzeżeniowego, to raczej poznanie bliskie Heideggerowskiemu "rozumieniu", "nadsłuchiwaniu", "nastrajaniu". Poznanie, w którym "przed prawdziwością sądu, która jest typu predykatywnego, idzie 'prawda otwarcia się świata'. Obejmuje ona zarówno świat, jak człowieka, przyswaja mu sens świata i dokonuje wkorzenienia go w Bytowanie" *6. To wkorzenienie odbywa się w Świecie dzięki mądrym przewodnikom (Ojciec, Matka, Księga) i chrześcijańskim cnotom (Wiara, Nadzieja, Miłość). Dzięki pokorze świadomości, ego , rozumu przejaśnia się rzeczywistość, świat staje się czytelnym, zrozumiałym tekstem-wzorem. Nie ma w nim miejsca (ani czasu) na metafizyczne otchłanie, chwiejność sądów, wstrząsy Historii, przerażającą Nicość. Ale czy da się raz na zawsze wyrzec "patrzenia w słońce"?

 
Pęknięcie teraźniejszości. Notatnik: Bon nad Lemanem

Pierwsze linijki tego wiersza zdają się kontynuacją "paradygmatu pojęcia istnienia" z poematu Świat. Uspokojona, ujęta z dystansu rzeczywistość nasycona jest szczegółem, konkretem, czerstwą prozaicznością jesiennego dnia, układającą się w obraz bytu doskonałego, w apoteozę ładu istnienia:

Buki czerwone, topole świecące
l strome świerki za mgłą października.
W dolinie dymi jezioro. Już śnieg
Leży na grzbietach gór po drugiej stronie.


Świadomość nie pozwala się jednak oszukać, zwieść tym pięknym obrazem. Istnienie, intensywne aż do bólu, jest wyzwaniem dla człowieka, wyzwaniem prowadzącym do odkrycia bolesnego ograniczenia, do wyznania porażki. Pojawia się klasyczny Miłoszowski "idiom ontologiczny" - doświadczenie niemożności wyjścia poza to, co jest:

...Mówi się: to jest
I umiejętność żadna ani dar
Sięgnąć nie mogą poza to, co jest
A niepotrzebna pamięć traci siłę.


W doskona;ej pełni istnienia pojawia się szczelina - ludzka świadomość, sartre'owski byt-dla-siebie zderza się z nieprzezroczystością rzeczy, doświadcza tego co istniejące jako ograniczenia, przeszkody. Wypełniony sobą, masywny, zamknięty świat, w którym można odnaleźć "spokój, ład i moment wieczny", istnieje wyłącznie w każdorazowym "teraz", jego obecność jest jakby "poza-ludzka"; zwykła, "prosta" obecność jest dla człowieka wyłącznie obecnością przemijania:

Z życia zostaje co? Jedynie światło
Przed którym oczy mrużą się w słoneczny
Czas takiej pory.


Zwykły świat nie daje jednak za wygraną, powraca mimo wszystko w pięknych obrazach ludzkiej krzątaniny: "Jabłecznik pachnie z beczek. Proboszcz miesza wapno łopatą przed budynkiem szkoły. Mój syn tam biegnie ścieżką. Chłopcy niosą worki zebranych na zboczu kasztanów". Ale ten złudny spokój nie może trwać długo; wyżłobiona przez świadomość skaza na powierzchni świata otwiera drogę erupcji tego, co leży pod teraźniejszością, mocy silniejszej od tego, co jest:

Jeśli zapomnę ciebie, Jeruzalem,
Niech, mówi prorok, uschnie mi prawica.
Podziemne drżenie wstrząsa tym, co jest,
Pękają góry i łamią się lasy.
Przez to, co było i przez to co będzie
Dotknięte pada w popiół to, co jest.
Czysty, gwałtowny, wre na nowo świat
I nie ustaje pamięć ni dążenie.


Metaforyka tego fragmentu przypomina nieco Miłosza z Trzech zim. Pełno tu obrazów erupcji, drżenia, katastrofy. Ale wbrew pozorom nie jest to wizja całkowicie apokaliptyczna. To, co zostaje tutaj zniszczone - to potęga teraźniejszości, to wszechwładza "jest", które więzi i ogranicza. Skąd ten nagły zwrot, można by spytać, skąd ta nagła niechęć do tego, co jest, manifestująca się w tak gwałtowny sposób?

Ślad odpowiedzi przynosi wcześniejszy o rok wiersz Notatnik: Europa (1952). Cały świat okazuje się podminowany: ziemia, morze, ale również serce człowieka. Źródłem tego podminowania jest nieprzystawalność dwóch czasów: czasu ludzkiego i czasu kosmicznego:

Podminowane jest serce człowieka
Czas dany mu do życia i czas inny
są w jego świadomości jak dwie linie
zamiast być jednym w harmonii.
(Notatnik: Europa)


To właśnie szczelina między "jest" istnienia, ładu świata a "jest" umykającej teraźniejszości staje się przyczyną wybuchu. Rzeczywistość, całość istnienia chwytana w niepowtarzalnej teraźniejszości podminowana jest czasem ludzkim - czasem Obietnicy i Apokalipsy, początku i końca, "pamięci i dążenia". Z Apokalipsy wyłania się nowy świat - "inna ziemia, inne niebo": czysty, gwałtowny, wrzący. To świat "jest", które nigdy nie ginie, nie przepada, nie poddaje się przemijaniu. Teraźniejszość, która zapada w wieczne trwanie, zgodnie z Miłoszowskimi marzeniami o apokastasis, o "czasie wyniesionym ponad czas przez czas" (Traktat poetycki), jest przezwyciężeniem płytkiej, relatywnej temporalności, jest zniszczeniem "jest" kosmicznego i odrodzeniem "jest" projektu ludzkiego bytowania, otwartym na Absolut, Nicość, Bycie. Otwiera się szczelina, przez którą wlewa się horror metaphysicus, otchłań wieczności:

A kto w tym, co jest
Znajduje spokój, ład i moment wieczny
Mija bez śladu. Godzisz się co jest
Niszczyć i z ruchu podjąć moment wieczny
Jak blask na wodach czarnej rzeki? Tak.
(Notatnik: Bon nad Lemanem)


"Metafizyczne burze", nawiedzające od czasu do czasu Miłoszowski świat, są znakiem głębokiego rozdarcia charakterystycznego dla świadomości dwudziestego wieku; rozdarcia między intuicyjnym uchwyceniem pewności istnienia a uporczywym poszukiwaniem racjonalnych podstaw, krytycznej gwarancji tej pewności, prowadzącym często do odkrycia "otchłani nicości", do horror metaphysicus. To podstawowe napięcie wyraża się w Miłoszowskiej metafizyce w sposób uszczegółowiony w języku poetyckiej refleksji nad paradoksalnością "jest". Paradygmat "znoszących się" nawzajem uchwytów istnienia jest długi; obejmuje napięcie między "jest" teraźniejszości a "jest" wiecznego trwania, między "jest" Bytu a "jest" istoty ludzkiej, między "jest" porządku i harmonii a "jest" wybuchu, erupcji, spojrzenia w słońce prawdy, intensywności przeżycia. Miłoszowskie epifanie zatrzymują w sobie to podwójne nastawienie; z jednej strony są zapisem intuicyjnej, przedrozumowej pewności bytu, z drugiej - otwierają drogę dręczącym pytaniom o źródła tej pewności - o sens czasu, historii, o sens Absolutu, Ducha Dziejów, Wieczności. Oczywistość splata się z zaprzeczeniem, akceptacja z podminowaniem świata, afirmacja z pełną krytycyzmu refleksją. Ambicją tego eseju było pokazanie fragmentów tego wewnętrznego dialogu Miłosza, dialogu pełnego pęknięć i szczelin, wybuchów i uspokojeń.

Miłoszowskie zmagania z metafizyką, ze "świętym słowem jest" wracają w wierszach z lat osiemdziesiątych. Pojawia się w nich ton, skłonność do podsumowywania doświadczeń, do spoglądania z perspektywy na własną twórczość, ale także na rzeczywistość. Znikają napięcia, na ich miejscu pojawia się akceptacja paradoksalności świata, Bytu; schylenie głowy przed niedocieczonością tajemnicy istnienia. Następujący fragment jest zapisem tej właśnie postawy:

O bezgraniczny, o niewyczerpany, o niewysłowiony świecie form. Jakżebym do ciebie przychodził z filozofią, jeżeli jej sylogizmy obalały się wzajemnie i zostałem tak mądry jak byłem nim zagłębiłem się w jej tomy. Jakże przychodziłbym do ciebie z moralnością, jeżeli znaczyłoby to, że zapytuję o moralność albo niemoralności drzewa lub kamienia. Kiedyś wyobrażałem sobie, że w starości rozmyślamy nad tym, co wieczne, wyniesione ponad przemijanie, ale widzę, że jest inaczej, że cała moja uwaga zwrócona jest ku temu, co ulotne. Na zarzut, że nie umiem powoli wznosić się do transcendencji, odpowiadam jak klasycy Zen: ulotne i wieczne są być może jak dwie strony tego samego arkusza. *7

 



1. E. Czarnecka [Renata Gorczyńska], Podróżny Świata, New York 1983, s. 189.

2 M. Heidegger, Czym jest metafizyka? Uprowadzenie, w: Budować, mieszkać, myśleć, Warszawa 1977, s. 69.

3. J. Błoński, Epifanie Miłosza, "Teksty" 1981, nr 4-5, s. 36.

4. E. Levinas, Totality and Infinity, The Hague 1979, s. 33.

5. M. Stala, Poza ziemią Ulro, "Teksty" 1981, nr 4-5, s. 149.

6. J. Tischner, Myślenie według wartości, Kraków 1982, s. 135.

7. [bez tytułu], z tomu Kroniki, Kraków 1988, s. 13.