JAN BŁOŃSKI

Zdanie

"Tygodnik Powszechny".


W Ogrodzie nauk pisze Miłosz, że polszczyzna "nie jest językiem o ' ustawionym' głosie". Co ta przenośnia oznacza? Poeta podkreśla "potrzebę jednego, głównego nurtu rytmicznego, który stanowi niejako tło" dla rozmaitych przedsięwzięć językowych. Ale później narzeka na "gadulstwo" staropolszczyzny, mówi o stanisławowskim "oczyszczeniu" języka, a nawet o ładzie i prostocie prozy Prusa... Język dzisiejszy razi go swoim "wydwarzaniem": ze "skłonnością do zapożyczeń idzie w parze jakiś niedowład składni: zdania rozłażą się, wloką, ospale, niemrawe". Słowem, pod ustawieniem głosu rozumie Miłosz jeśli nie wzorzec, to przynajmniej drogowskaz stylistyczny. Dobór słownictwa i energia składni są dla niego równie ważne co "nurt rytmiczny".

Miłosz słusznie zwraca uwagę, że terenem, gdzie najlepiej obserwować walkę o kształt języka, jest "mnóstwo robionych w Polsce przekładów". Stąd pokusa, by przyjrzeć się tłumaczeniom Biblii. Miłosz nie ukrywa, że chciałby je narzucić użytkownikom... przynajmniej jako wzór wypowiedzi poważnej, dostojnej. W obrębie polszczyzny, powiada, zaciera się współobecna "odrębność kilku języków", postępuje proces homogenizacji stylistycznej, "odpowiedzialność za co ponosi powszechny już dzisiaj żargon inteligencko-dziennikarski". Może to ostatnie określenie nie najtrafniejsze, ale mniejsza, bo koń, jaki jest, każdy widzi. "Tekstom biblijnym - pisze Miłosz - podołać mógłby zapewne tylko nowoczesny polski język 'wysoki', hieratyczny i liturgiczny, który by miał źródła w całej przeszłości, a zarazem był przyjęty przez dzisiejszą językową wrażliwość". Oczywiście, takiego języka nie da się zrobić na zawołanie: "odważam się wystąpić z moją próbą tylko dlatego, że od dawna (...) szukałem w języku biblijnym miary i wzoru dla poezji".

Ale w jakim właściwie "języku biblijnym"? Przecie nie w hebrajskim, greckim... W zrozumiałej dla licealisty Wulgacie? W szesnastowiecznych tłumaczeniach? W dziewiętnasto-wiecznej prozie kościelnej, prozie modlitw, tłumaczeń, przeróbek i poprawek Wujka? Potakująca odpowiedź byłaby w każdym przypadku błędem. Szukanie miary i wzoru jest dla rzetelnego poety tworzeniem miary i wzoru. Popatrzmy zatem na zdanie Psalmu. Może ułatwi ono odpowiedź na pytanie, co u Miłosza przeważa: odniesienie do cudzego głosu, do przeszłości polszczyzny, czy świadoma wola zbudowania stylistycznego modelu.

Końcowy werset Psalmu 29 brzmi po hebrajsku:

Jahwé 'oz leammo jitten
Jahwé je barékh et-âmmo ba�alom.


Po łacinie Wulgaty:

Dominus virtutem populo suo dabit;
Dominus benedicet populo suo in pace.


W Biblii Tysiąclecia:

Pan udzieli mocy swojemu ludowi,
Pan ubłogosławi lud swój pokojem.


Nie będę jednak rozważać tłumaczeń Miłosza względem oryginału. Zajmuje mnie polska historia słynnego zdania. Miłosz podkreślał, że w swej pracy korzystał często z istniejących przekładów. Ufał anonimowości, powszechności zwrotów i wyrażeń, które, niczym kamienie w potoku, ogładził czas. Tak się jednak składa, że werset, choć bardzo prosty, przekładano - zwłaszcza współcześnie - inaczej niż uczynił to Miłosz:

Pan da siłę swojemu ludowi,
Pan da swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju.


Postaram się, porównując stare i nowe wersje, wyłuskać zasady, których trzymał się poeta w tworzeniu "hieratycznego i liturgicznego" stylu. Będzie to niepełne i rudymentarne, ale od czegoś trzeba w końcu zacząć.

l. Uderza przede wszystkim wierność dla archaicznej formy wersetu i usilne podkreślenie paralelizmu: "Pan da (...) Pan da". Nie postąpił tak nikt z dotychczasowych tłumaczy. Od Psałterza Floriańskiego biegnie formuła:

Gospodzin czescz ludu swemu da,
Gospodzin blagoslawicz bodze ludu swemu w pocoiu.


Gospodzin zmienia się w Pana, cześć w moc, siłę, wyjątkowo potęgę i męstwo, Pan udzieli mocy albo natchnie mocą, także pokój i błogosławieństwo wchodzą w różne związki. Trwa jednak zestawienie: "Da (...) pobłogosławi". Inaczej tylko w Biblii Leopolity:

Pan da moc ludu swemu,
Błogosławieństwo da ludu swemu w pokoju.


Także w mało znanym przekładzie ks. Kniszyńskiego czytamy:

Pan da moc narodowi swemu -
da Pan i błogosłowić będzie narodowi swemu w pokoju.


Tłumacz chce dochować wierności poetyckiej zasadzie oryginału, ale "da Pan" bez dopełnienia brzmi zbędnie i pusto. Potrzebę paralelizmu odczuwa silnie Brandstaetter - nic dziwnego, bliski przecie hebrajskiej tradycji! - umieszcza go jednak gdzie indziej:

Pan natchnie mocą swój lud,
Pan pobłogosławi pokojem swój lud.


Dlaczego nie pojawiło się nigdy proste powtórzenie "Pan da"? Po prostu dlatego, że nie ma go w oryginale. Nie ma w tym przynajmniej wersecie, gdzie na określenie daru siły i błogosławieństwa znajdują się dwa różne słowa. Ale cóż z tego? Miłosz trzyma się żelaznej reguły dobrego przekładu: pilnuje ducha, nie litery. Duch biblijnego stylu żąda twardo paralelizmów: Miłosz stawia je tam, gdzie brzmią świeżo i skutecznie. Nie narusza zaś znaczenia: czyż błogosławieństwo nie jest Bożym darem?

Biblijnego paralelizmu pilnuje Miłosz nieporównanie skrupulatniej niż wszyscy nowsi tłumacze, z poznańskimi i tynieckimi włącznie. W tym samym Psalmie mamy dwukrotnie "oddawajcie Panu" (5), "Głos Pana" (4, 5), "Pan zasiadł (...) Pan zasiada" (10). Otóż znaczna większość tłumaczy starała się jakoś zróżnicować użyte przez Psalmistę wyrażenia. Nawet Wujek (Psalm 29 w ogóle mu się nie udał, ale zastrzegam się, że cenię go wyżej niż Miłosz!) unikał identycznych powtórzeń, pisząc na przykład: "Głos Pański łamiący cedry: i połamie Pan cedry" (5) albo: "Pan czyni (...) a będzie siedział Pan" (10).

Rzecz w tym, że tradycja retoryczna, wpajana razem z łaciną od renesansu, kazała jeśli nie unikać to przynajmniej usprawiedliwiać powtórzenie. Jest ono - do naszych czasów - odczuwane na ogół jako zbędne lub monotonne. Byli pisarze, co jak Nałkowska tępili nawet równobrzmiące sylaby w zdaniu... Tymczasem Miłosz sięga po powtórzenie często i z szacunkiem. Dlaczego? Ponieważ jest pierwotnym znakiem sakralności. Powtarza się to, co ważne, natchnione - słowo zdolne ożywić, zmienić, zabić. Ślady tej funkcji powtórzenia zachowały się jeszcze w folklorze. Jednak w potocznej świadomości językowej odczucie sakralności powtórzenia rozbudzić może tylko twórca wybitny.

2. Jakie konsekwencje niesie przywiązanie do paralelizmu? Najpierw - szczególne rozumienie poetyckości. Poetyckie jest dziś zwykle to, co nowe, jeszcze nie powiedziane nigdy. Inaczej dla Psalmisty: poetyckie jest to, co powiedziane dobrze, skutecznie, co będzie na pewno właściwie zrozumiane. Trudno wdawać się tutaj w teorię biblijnego wersetu. Rysuje się jednak od razu prosta typologia: podział ze względu na ilość członków (od jednego do czterech) oraz na relacje znaczeniowe między członkami. Jeśli werset dwuczłonowy, może być synonimiczny, antytetyczny lub syntetyczny, może powtarzać, przeciwstawiać się lub wzbogacać. Najciekawszy trzeci, jak nasz właśnie. Pan daje najpierw siłę, potem błogosławieństwo pokoju, daje temu samemu ludowi. Mamy zatem i wyraźne powtórzenie (utrwalenie) sensu i wyraźną odmianę (odnowienie). Znaczenie winno zostać najpierw umocnione, upewnione przez repetycję, dobrze zapamiętane. Dopiero na tle powtórzenia wprowadzona zostaje nowość: tym samym nabiera ona wyrazistości. Łatwo wskazać mnemotechniczne przyczyny poetyckiego postępowania Psalmisty. Dodajmy jednak, że unaocznia ono najprościej - w obrębie jednego zdania - opozycję ciągłości (tradycji) i oryginalności, których współgranie określa rozwój literatury. Jesteśmy naprawdę u początku poezji, u źródła poezji - jak u źródła prawdy.

Jak teraz sprawić, aby nie biło ono rozwlekle, monotonnie? Mimo powtórzenia werset Miłosza brzmi zwięźle. Przeciwnie w Biblii Poznańskiej, gdzie czytamy:

Jahwe udzieli mocy swemu ludowi,
Jahwe błogosławić będzie swemu ludowi darząc go pokojem.


Rozwlekłość jest niechcianym skutkiem gorliwości duszpasterskiej, troski, aby niczego ze znaczenia nie uronić. Ale w poezji nie osiąga się zrozumienia analitycznie, wyliczając, jak w słowniku, użycia i odcienie semantyczne. Jak zobaczymy, Miłosz szuka uparcie słów najogólniejszych znaczeniowo; zwykle zatem najstarszych, najprostszych. Rozwija jednak wielostronną strategię zwięzłości.

Niewątpliwie stara się używać słów krótkich. Psalm 29 liczy u Miłosza łącznie 88 słów, 103 u Wujka, 93 w Biblii Tysiąclecia. Jeśli słów jednosylabowych jest 19, 19 i 17, to dwusylabowych już 44, 54 i 46, więcej niż dwusylabowych 25, 30 i 30. Te różnice są chyba w polskim zasobie słownym znaczące. Ale efekt zwięzłości osiąga się subtelniejszymi sposobami. Przede wszystkim radykalną eliminacją słów niekoniecznych, zjawiających się dla złudnej eufonii u niedoświadczonych tłumaczy, co starali się walczyć z anachronizmem (z filologicznymi błędami) Wujka:

Pan też doda mocy ludowi swemu
(Biernacki)
 
Niechże Pan mocą darzy swój lud
(Klawek)
 
Ten Pan ludowi swemu potęgi użyczy
(Wójcik)
 
Niech Pan udzieli pomocy ludowi swemu
(Szeruda)
 
da Pan i błogosławić będzie narodowi swemu w pokoju
(Kruszyński)


Jest jeden u Miłosza wyjątek: zaimki dzierżawcze. Pełnią funkcję szczególną, która usprawiedliwia ich zdumiewającą częstotliwość. Mianowicie: przedmioty czy pojęcia stają się bardziej "naoczne", konkretne, jeżeli wskaże się wyraźnie ich posiadacza. W tym wypadku dyrektywa zwięzłości zostaje zatem zawieszona.

Trudniejsze do uchwycenia - ale też do wprowadzenia w tekst! - są preferencje gramatyczne. Wrażenie zwięzłości powstaje z eliminowania innych niż czynne form czasownika. Psalm (czy poemat) zdaje się wtedy "dziać prędzej". "Głos Pana łamie cedry" brzmi krócej niż "Głos Pański łamiący cedry" (Wujek, 5), nie tylko dlatego, że imiesłów jest trzysylabowy. Także rzeczownik "Pana" jest zwięźlejszy niż przymiotnik "Pański", może dlatego że grupy spółgłoskowe stawiają większy opór językowi. Strona bierna należy u Miłosza do rzadkości, zwrotna zjawia się na pewno mniej często niż w polszczyźnie mówionej czy gazetowej. Niestety, udowodnić to mógłby chyba tylko komputer... To samo wolno powiedzieć o formach złożonych: "Pan da moc (siłę)" jędrniejsze od: "Niech Pan..." Futurum w roli rozkaźnika jest zresztą najsilniejszą z form imperatywnych, ponieważ zawiera w sobie przekonanie o nieuchronnym spełnieniu się oczekiwanego zjawiska. Formuła: "Pan pobłogosławi swój lud pokojem" (Skwarnicki) jest niewątpliwie najzwięźlejsza. Jednak Miłosz nie napisał: "pobłogosławi", ale: "da błogosławieństwo"... Dlaczego, powiemy.

Jak widać, gramatyczny kształt tekstu nie jest bynajmniej Miłoszowi obojętny. Więcej: piękność zasadza się w Psalmach na cnotach gramatycznych, zwięzłości, odpowiedniości, jasności... W powtarzalnej strukturze wersetu tym jaśniej grają symetrie i asymetrie morfologii i składni. Uwidaczniają się i odzyskują poetycką jakość najprostsze różnice: Pan daje najpierw jedno słowo (siłę), potem dwa (błogosławieństwo pokoju). Zapewne więc daje coraz więcej... I daje jakoś inaczej, skoro w drugim zdaniu dopełnienie zmienia miejsce. Trudno zauważalna w metaforycznej zawierusze współczesnej poezji, ta rudymentarna "poezja gramatyki" zdaje się fundamentem pomników literatury. W poezji - pisał Jakobson - "każdy składnik językowy zostaje przekształcony w figurę mowy poetyckiej (...) zasoby poetyckie skryte w morfologicznej i składniowej strukturze języka, słowem, poezja gramatyki (...) były rzadko doceniane przez krytykę (...) ale twórczy pisarze czerpali z nich często po mistrzowsku". Tak jest niewątpliwie w Miłoszowych psalmach: silna i prosta wyrazistość wersetu każe poecie i słuchaczom zwracać uwagę na różnice najniższego językowego poziomu (nawet ilości słów i porządku części zdania!) i różnicom tym nadaje - czy przywraca - liryczną skuteczność.

3. Dlaczego Pan da siłę, nie moc? Pytanie zasadne, bo moc częstsza i możniejsza. Obowiązuje we wszystkich starych psałterzach (prócz Floriańskiego, gdzie "cześć") i przeważa w nowych. Tylko gdzieniegdzie zjawia się "męstwo" (Mirek), "potęga" (Wójcik) i wreszcie "siła", na którą wpadł pierwszy Staff, po nim zaś anonimowy tłumacz Brytyjskiego Towarzystwa Biblijnego. Nic dziwnego: moc jawi się jako bardziej duchowa niż siła, brzmi dostojniej i trochę tajemniczo. Wstępną intuicję .potwierdzają słowniki: moc ma już od dawna szerszy zakres znaczeniowy. Siła jest przede wszystkim energią, zdolnością działania lub wywierania wpływu, także gwałtem. Moc zaś bywa poza tym - czy przede wszystkim - potęgą, panowaniem, uprawnieniem, prawomocnością, wytrzymałością, istotnością i Bóg wie czym innym jeszcze. Lista jej łacińskich odpowiedników jest kilkakrotnie dłuższa (Słownik staropolski ), zaś rozproszenie znaczeń nie przestaje postępować (Linde, Karłowicz, Doroszewski).

Słowem siła jest cielesna, duchowa zaś przez to, że pochodzi od Pana. Opowiadając się za siłą, Miłosz wybiera słowo jak gdyby młodsze, prostsze, naiwniejsze, bardziej cielesne. A przy tym - paradoksalnie - zdatniejsze do nowych połączeń niż znużona nieco moc.

Pan "da siłę", nie zaś "doda siły". W najstarszych przekładach było "da", w Bibliach gdańskiej i nieświeskiej pojawiło się "doda", co świadczy o nieco odmiennym odczuciu zjawiska. Skoro Bóg dodawał, to znaczy, że było już coś przedtem. Pomijam tę presupozycję teologiczną, zapewne nieświadomą, boć to przecie kalka z "dodać ducha", "dodać odwagi", zwrotów częstych u naszych walecznych przodków. Mnie interesuje raczej tęsknota do nierozdzielności znaczenia, widoczna u Miłosza. Pan daje wszystko, Pan nie jest aptekarzem, nie dodaje ani nie odejmuje. "Da" jest oczywiście znacznie ogólniejsze od rozmaitych frazeologizmów, do których zwłaszcza w XX wieku prowokowało słowo "moc"; nie przypadkiem, skoro przeszło w strefę mowy ozdobnej. Pan zatem "darzy mocą" (Klawek), "użyczy potęgi" (Wójcik), "udzieli mocy" (Bąk, Szeruda, Skwarnicki) czy "potęgi" (Peter), "natchnie mocą" (Brandstaetter). Ładne to wszystko wyrażenia i całkiem na miejscu, zwłaszcza ostatnie. Jest w nich jednak stale implikacja cząstkowości. Użycza się lub udziela mocy, potęgi z jakiegoś skarbca, trzeba je podzielić, odważyć, musi się odbyć jakaś dystrybucja.

Odwołując się do zupełnie elementarnego "da", którego nierozdzielone, nierozproszone jeszcze znaczenie obejmuje (przynajmniej wirtualnie) wszystkie poprzednie - Miłosz wybiera słowo, którego zasób semantyczny jest najmniej zróżnicowany, najogólniejszy. Przez to niezróżnicowanie słowo "da" jest najbliższe fizycznemu gestowi daru, przekazywania z ręki do ręki, z ciała do ciała, z duszy do duszy (siedziby życia, energii witalnej?). Dlatego "da siłę" jest w końcu prostsze i zupełniejsze od "da" (a tym bardziej "doda") "moc" lub "mocy" ...chociaż ta "moc" krótsza i przez to kusząca. Słowa "dać, dar" są u Miłosza słowami ulubionymi, nasyconymi szczególnym znaczeniem. Dar, obdarowanie wskazują na szczęście, którym cieszy się człowiek, żyjący w zgodzie z tym co stworzone. Świat jest dobry, o ile jest darem, o ile utrzymuje go darząca dłoń. Słówko teologiczne, bo przypomina, że dobro (szczęście) jest łaską. Co całkiem wyraźnie powiedziane w wierszu Dar . I tutaj także słowo "da" jest zwornikiem wersetu, w nim sekret poetyckiego sukcesu.

Dlatego też Miłosz wołał "da błogosławieństwo" - a zatem wyrażenie złożone - od zwięźlejszego "pobłogosławi" ("ubłogosławi"). Poeta skłania się do form dokonanych. Woli to, co zdarzyło się raz, co raz jeszcze się zdarzy, od owego "będzie błogosławić", które zakłada wieczną i tożsamą opiekę Pańską. Psalmy są, jak wiadomo, niezmiernie dramatyczne. Bóg stale opuszcza Izraela, zapomina o nim, ale ubłagany wraca, darowuje, daje znów błogosławieństwo, ratuje z paszczęki lwiej i z ręki nieprawych. Pan nie błogosławi ciągle, jak automat; daje błogosławieństwo i oddala się, aby powrócić na błaganie ludu. Oczywiście wątpliwe, aby poeta rozmyślał nad każdym zwrotem, jak to teraz usiłuję czynić, ale poeci zwykle nie potrzebują tak rozmyślać, wiedzą wszystko od razu. I jeszcze: "dać błogosławieństwo" brzmi konkretniej niż "błogosławić". Daje się z ręki do ręki, z ciała do ciała. Słowo "błogosławić" kojarzy się z liturgicznym gestem, zwrot "dać błogosławieństwo" z przekazaniem energii (dobra) niczym przedmiotu. Starszeństwo można było przehandlować za miskę soczewicy, błogosławieństwo można także dać jak talizman, jak rzecz. W tę stronę zmierza sugestia poety, który dary duchowe pragnie najwyraźniej ukonkretnić.

Pozostaje jeszcze "błogosławieństwo pokoju". Paradoksalnie, ten znajomy zwrot jest w tym miejscu Psalmu zupełnie nowy. Od Psałterza Floriańskiego aż po dziś tłumaczono najchętniej: "błogosławić będzie (...) w pokoju", jak w Wulgacie: "benedicet in pace ". Ale od 1937 roku rozpowszechniał się pomysł ks. Klawka: "błogosławić (...) pokojem". W słowie "bâsalom" początkowe "ba" może oznaczać albo przyimek "w", albo funkcję narzędnika: hebraista uprzytomnił sobie, że "pokojem" jest równie uzasadnione co "w pokoju". Nowość spodobała się od razu poetom, Bąkowi, Skwarnickiemu, Brandstaetterowi... I znowu: nie w wierności rzecz (bo nikt przeciw oryginałowi nie grzeszy), ale w celności, którą uchwycić można tylko względem czy wewnątrz polszczyzny.

Co oznacza "błogosławić"? Dobrze życzyć, pozdrawiać, obdarzać, szczęścić, wielbić, wyznawać... Słowo "pokojem" ("w pokoju") wskazuje, że Psalmista mierzy zwłaszcza w "obdarzać": o to przecież chodzi, aby Izrael zwyciężył (lub przynajmniej zyskał siłę), następnie zaś cieszył się pokojem. Wszakże nie ludzka to sprawa, ale Boska, nadprzyrodzona... stąd "błogosławi" czy "błogosławieństwo", słowa nieodparcie religijne, związane z sacrum. Małymi przesunięciami odnowi teraz Miłosz wyrażenie utarte, właściwie pospolite.. Pan błogosławi, czyli daje błogosławieństwo, Pan daje także pokój. Poeta łączy oba i czytamy: "da (...) błogosławieństwo pokoju". Dziecinnie proste? Proste i nie proste, skoro żaden z dwudziestu paru tłumaczy tak nie powiedział. Istniały widać jakieś hamulce frazeologiczne, które odsuwały to rozwiązanie. Przypominam też sobie, że kiedy pierwszy raz przeczytałem werset, mignęło mi przez głowę pytanie, co właściwie znaczy "błogosławieństwo pokoju"... chociaż trudno o pospolitsze wyrażenie. Rzecz w tym, że "błogosławieństwo" oznaczać może zarówno czynność (w Słowniku XVI-wiecznej polszczyzny : dobrorzeczenie, poświęcenie, przeżegnanie itp.), jak przedmiot czynności (dar, dobro, łaskę itp.). Otóż słowo "da" - znowu ono! - aktualizuje obydwie możliwości, co powoduje minimalną oscylację semantyczną. W swojej całości wyrażenie jest zatem trochę niespodziewane... Takie właśnie zabiegi miał Miłosz na myśli, kiedy mówił o potrzebie ratowania słów przestarzałych, owszem, ale do uchowania, byle zjawiły się w zwrotach "celnych".

4. Jak zatem buduje Miłosz wysoki styl modlitwy? Modlitwy biblijnej, ale przecież i współczesnej? Odrzuca najpierw postrenesansowe zakazy i wraca jawnie do hebrajskiej retoryki potwierdzenia i zaprzeczenia (bądź uzupełnienia). Prostymi paralelizmami posługuje się tak, aby odsłonić różnice najniższego poziomu (słownikowego i gramatycznego), tworząc świadomie "poezję gramatyki". Jego dążenie do zwięzłości opiera się na traktowaniu procesu duchowego jako wkorzenionego w ciało: dowodem choćby "oddechowy" charakter wersetu i skłonność do ukonkretnienia. Dalej: Miłosz nie dąży do uściślenia przez uszczegółowienie. Powraca raczej do niezróżnicowanej zupełności znaczeniowej jako do nieprzebranej skarbnicy możliwości słownych. Nie tyle też walczy z mową potoczną, ile stara się ożywić słownictwo religijno-moralne, będące duchową pamięcią kultury. Ożywić przez (stosunkowo) nieznaczne przesunięcia semantyczne, możliwe dzięki ogromnej ilości połączeń frazeologicznych, w jakie te słowa w swej historii wchodziły. Tak w leksyce, w składni, w narastaniu metonimiczności, w przeobrażeniach pojęcia poezji (literackości) - kształtuje się wysoki styl hymniczny, z którym zapewne zwiąże się trwale nazwisko poety.

Tłumaczenia biblijne zdają się zatem dla Miłosza tym, czym Psałterz Dawidów dla Kochanowskiego: poetyckim laboratorium, które na długo naznaczyło (dziś zaś, mogłoby zaznaczyć) kształt polskiej wypowiedzi lirycznej. Czy Miłoszowi uda się naprawdę ustawić głos" rodzimej poezji? Nie ma dziś na takie pytanie odpowiedzi. Pamiętać należy tylko, że w przekładach poety tkwi propozycja mowy wspólnej, propozycja kanonicznego stylu "hieratycznego i liturgicznego".

Jeśli tak, warto pomyśleć poważnie o obrzędowym spożytkowaniu tych tłumaczeń. Powiedzmy głośno: współczesne czytania liturgiczne pozbawione są energii i urody językowej. Wybitni bibliści, którzy je sporządzili, mierzyli w wierność, którą osiągnęli, i w zrozumiałość, co do której często się łudzą. Pomijam już, że filologiczna dokładność rzadko idzie w parze z przystępnością. Właściwe uchwycenie sensu czytań starotestamentowych zależy decydująco od znajomości kontekstu i religijno-literackiej kultury odbiorcy. To, co dla biblisty oczywiste, pozostaje często niepojęte dla słuchacza, i Biblia (Poznańska czy Tysiąclecia) bywa nieraz - wbrew pozorom - równie trudna do zrozumienia co poprawiany Wujek.

A oto co najważniejsze: główną liturgiczną cnotą dobrego przekładu jest celność i skuteczność, czyli zdolność poruszania umysłu i serca. Tej skuteczności właśnie brakuje wprowadzonym niedawno tłumaczeniom. Zazwyczaj zarzuca się im estetyczną nikłość czy nijakość. Na co zarówno uczeni, jak biskupi machają ręką, ponieważ piękno uważają za cenny, owszem, ale niekonieczny przydatek biblijnego przesłania. Tymczasem wcale nie o "piękno" tu chodzi. Znamiona wysokiego stylu - powaga, majestat, poczucie dawności, tajemniczości i tym podobne - są integralną częścią świętego przekazu. Dlatego najskrupulatniejszy nawet przekład może zabrzmieć fałszywie.

Owszem, to prawda, że dawniej wierni nie rozumieli często czytań Starego Testamentu. Ale dobrze czuli i rozumieli, że to, co czyta im kapłan, jest święte. Dzisiaj pojmują zapewne lepiej literalne znaczenie fragmentów Pisma. Obawiam się jednak, że trudniej im zrozumieć, że to Pismo jest święte. W tym główna zasługa Miłosza, że o tej świętości - jako tłumacz - nigdy nie zapomina.

Doprawdy, czas byłby o tym rzeczowo porozmawiać. Pamiętając, że zdanie:

Pan da siłę swojemu ludowi,
Pan da swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju


- jest bardzo pięknym polskim zdaniem. I świętym zdaniem.

Tekst przedstawiony jako referat na poświęconej Miłoszowi konferencji Instytutu Badań Literackich PAN, szkic mój skorzystał wiele z głosów dyskutantów, zwłaszcza ks. Frankowskiego, dr Okopień-Sławińskiej i doc. Bartoszyńskiego, którym gorąco dziękuję.